Blog


Droga życia

Czasami całe życie przeżywamy śpiąc, niektórym nawet miło jest w tym ich śnie, marzeniach, w których każde pragnienie od razu dostarcza im pełnego spełnienia.  Przychodzi jednak taki moment, gdy jakaś myśl, słowo, czyjeś spojrzenie, książka, podróż do nieznanego miejsca, spotkanie z drugim człowiekiem, powoduje, iż się budzimy. Nie, nie w całej duszy. Na początku otwieramy tylko jedną powiekę, ale to nam wystarczy, by już nie chcieć więcej zasypiać. 

Ci, którzy nigdy się nie obudzili, mówią zazwyczaj pod koniec życia. Przespałem je. Przespałem całe moje życie, tyle chwil mnie ominęło. Mogłem żyć, mogłem cieszyć się nim, bawić, podróżować.

Inni dużo szybciej dostrzegają, iż coś ich w ich życiu ominęło. Coś przegapili, jakąś chwilę, moment, gdy stali przed uchylonymi drzwiami, ale nie przeszli przez nie, nie mieli tyle odwagi, by zacząć działać, by otworzyć się na nowy związek, by coś zrobić ze swoim życiem.

Ale są i tacy, którzy już niby się pozornie obudzili, działają, rozwijają się, przynajmniej tak mówią i dalej chcą śnić, śnić sen o swoim księciu lub książnice, o cudownej, spełnionej miłości, o podróżach, o bogactwie, o wszystkim, czego pragnęli, a czego nie doznali w życiu. I wiesz, co. Oni jedni lubią swoje sny, bo w nich czują się naprawdę szczęśliwi, dlaczego mieliby więc się z nich chcieć budzić? W ich marzeniach, każda podróż jest piękna, miłość wręcz idealna, wyśniony kochanek, po prostu cudowny. Po co zatem wracać do rzeczywistości i sprawiać, by choć odrobinę upodobnić swoje życie do swych marzeń? Czyż nie lepiej im w swoim śnie?

Są też i wśród nas przebudzeni. Ci, bez względu na to, kiedy się obudzili, mówią, to był właściwy moment. Oni doceniają zarówno tamtą, jak i ta chwilę. Dla nich wszystko jest ważne, bo wszystko niesie im zrozumienie. Nie negują zatem okresu snu, nie żałują, iż jakąś część życia spali. Wręcz przeciwnie, doceniają każde, zdobyte wtedy doświadczenie, gdyż wiedzą, jak ważny był to okres w ich rozwoju. Oni nie czekają też na nikogo, idą sami. Nie oglądają się też na nikogo, bo wiedzą, iż każdy ma swoją ścieżkę, swoje tempo podróżowania. A jednak, są jak najbardziej widoczni i obecni wśród nas, wystarczy tylko uważnie popatrzeć, by ich dostrzec.

A Ty, do której grupy należysz?

2019-03-20

Stan równowagi

Przyjemnie jest być świadomym, świadomie oddziaływać na otoczenie, z poziomu równowagi wypełniać swoje i cudze myśli spokojem…tyle z marzeń, bo do tej pełnej świadomości, każdemu z nas jeszcze kawałek zostało i nie ma co marudzić, tylko trzeba ją rozwijać. Zanim jednak to nastąpi, w wewnętrznym świecie naszej duszy, jak i naszym otoczeniu zachodzić potrafią jeszcze ciekawe zjawiska i o jednym z nich chciałam dziś wam opowiedzieć. 

Pamiętacie wczorajszy post? Pisałam w nim o poddawaniu się nastrojowi swojego partnera, wręcz uzależnieniu od niego, gdy sami nie potrafimy stworzyć w sobie pozytywności, bo dopiero, gdy innym jest przyjemnie, to i nam może być przyjemnie, gdy inni się śmieją, to i my dopiero możemy być weseli. Odniosłam to wprawdzie do partnerstwa, bowiem, w tym środowisku możemy zobaczyć, jak głęboko uzależniającą od siebie nawzajem może przybrać to skalę, dlatego też, dziś chciałam spojrzeć na temat od naszej strony i naszego, często humorystycznego oddziaływania na partnera i nasze otoczenie. 

Wkurzyliście kiedyś kogoś do takiego stopnia, iż miała was ta osoba dość? Albo coś lepszego, użalaliście się nad sobą, na głos, licząc na wspólne użalanie? A może to będzie lepsze, wywołaliście kiedyś z premedytacją kłótnię, doprowadzając kogoś do wybuchu? Tylko, proszę, nie mówcie teraz, ojej, miałam powód, by się wkurzyć. Wkurzyć, tak, ale mi chodzi o to, czy specjalnie rozdrażnialiście kogoś w swoim otoczeniu, by samemu móc się wyładować? Tak? Wspaniale. To idźmy dalej. Czy zauważyliście kiedyś, by ktoś się was autentycznie bał? By ta osoba patrzyła ze strachem, w jakim jesteście nastroju? Widzieliście kiedyś oczekiwanie w oczach kogoś wam bliskiego, aż wam przejdzie? I nie chodzi tylko o złość, ale o każdy inny nastrój, który nie pozwalał wam okazać innym uczuć. Trudny temat, prawda? Trudno jest też czasami sobie z nim poradzić, a w odpowiedzi, często można usłyszeć, a dlaczego ja mam dbać o to, by innym było dobrze, by inni byli zadowoleni, uśmiechnięci. Ja też zasługuję na czułość i miłość. Czy tylko ja mam się starać o zadowolenie innych? Znane jest to wam skądś?

Zadam wam zatem pytanie jeszcze inaczej. Czy umiecie sprawić, by inni się przy was odprężyli, by was dobry nastrój udzielił się innym, by wasz uśmiech rozjaśnił twarze waszych bliskich. Pamiętacie, w jakim znajdowaliście się wtedy stanie? Pomyślcie. Jest taki bowiem stan, który nie wymaga żadnego wysiłku, by przepływał przez nas spokój, radość, miłość.

Jest taki stan, w którym widzimy wszystkie możliwości, droga zaś zawsze układa się prosto. 

Już wiecie o czym mówię? To w takim razie do zobaczenia w tym stanie…oczywiście, na plaży;)

2019-03-19

Prawo do szczęścia

Niby nie jesteśmy niczemu winni, a jednak czujemy się winni i odpowiedzialni. Znacie to? 
Gdy każda wasza decyzja okraszona była myślami: a co inni by o tym powiedzieli? Czy to, co robię, planuję, spodoba się moim bliskim? Czy, gdy ja będę szczęśliwa, a innym jest tak źle, oznacza, że jestem egoistką? Czy stawianie moich własnych pragnień na pierwszym miejscu, przed zaspokojeniem potrzeb moich bliskich rzeczywiście tak źle o mnie świadczy?
Gdzie w tym wszystkim zatem jestem Ja? Gdzie jest moje? Czy naprawdę, aż muszę się wykłócać z całym światem, by mieć prawo do własnego szczęścia, do robienia rzeczy, które mi go dają? Naprawdę, świat musi brać wtedy za mnie jakąś odpowiedzialność, jak mówią w takich wypadkach inni. A może, to my się bardziej boimy, iż inni poniosą jakieś konsekwencje za nasze wybory, a może ich wręcz nimi unieszczęśliwimy. I co wtedy? 
Czy naprawdę musimy się ze wszystkiego tłumaczyć? Walczyć o prawo do swojego życia? Czuć za wszystkich odpowiedzialni, za ich szczęście?
I niby mówimy, nie. Każdy sam decyduje o własnym życiu, a jednak niesiemy odpowiedzialność za los naszego otoczenia. I nie tylko go niesiemy, przygniatamy się nim. Potrafimy za jego przyczyną zabić własne marzenia. A później, rozgoryczeni, sfrustrowani wyżalamy się w duszy lub do innych, iż zmarnowaliśmy życie, a trzeba było się bawić, trzeba było kochać, żyć, podróżować, robić więcej rzeczy dla siebie. 
Jak zatem żyjesz? W poczuciu winy, czy pełnią życia? Przejmując się wszystkim i wszystkimi dookoła, choć nic przypuszczalnie nie robisz, by to zmienić, czy podejmujesz działania, by dać przykład. Gdzie jesteś tak naprawdę duszo w tym swoim wędrowaniu?

2019-03-13

Kamienie na drodze do szczęścia

Czy mogę kopnąć kamień, który leży mi na drodze? Oczywiście, że mogę, tylko, co mi to da? Rozładuję w ten sposób napięcie, które się zgromadziło w mojej duszy? W sumie, to też jakiś sposób, by je rozładować, dlaczego by nie? Ale, czy to coś zmieni? Kamień potoczy się i zajmie inne miejsce, ale nadal będzie kamieniem, zaś moje zachowanie nie sprawi wcale, iż problem, który wywołał we mnie napięcie i skłonił do kopnięcia kamienia pozostanie w jakikolwiek sposób rozwiązany. Podobnie dzieje się, gdy zaczynamy uważać, iż to inni stoją nam na drodze do szczęścia i najpierw musimy zmienić ich samych, pomóc im naprawić ich życie, by dopiero na końcu zająć się sobą. A to potrafi zrodzić frustrację i to naprawdę dużą. Bo inni wcale nie muszą myśleć tak, jak my. Nie muszą iść tym samym tempem rozwoju, interesować się tymi samymi rzeczami. Co więc robić? Czekać na nich? Usuwać z drogi? Siłować się z nimi? Czy raczej cofnąć się o krok, przyjrzeć swoim zamiarom i tu dokonać zmiany. Może to nie w nich tkwi problem a w naszych własnych intencjach, w naszej wiecznej potrzebie zasługiwania na zbawienie. 
Mam zatem dla ciebie zadanie: Pomyśl, co musisz jeszcze uczynić (kogo zbawić, kogo wyciągnąć z jego piekła lub błędnych przekonań, dla kogo się poświęcić), by zasłużyć na swój raj. I jaką cenę musisz zapłacić najpierw, by zyskać życiowy spokój? 

2019-03-12

Bez mojej woli

Czy, jeśli nie chcesz, ktoś rzeczywiście może sprawić, że go pokochasz?

Jeśli inni zmuszają cię do tego, byś się z nimi zadawał, co robisz? Zapewne uciekasz lub bronisz się. Podobnie jest pewnie i z Twoimi związkami, nie jesteś w stanie kogoś pokochać na siłę, choćby ta osoba pragnęła tego najbardziej na świecie. Ale, zobacz, co się dzieje, gdy to my się w kimś zakochujemy, a ta osoba nie chce nas zwyczajnie pokochać? Mówimy, nie rozumiem, dlaczego? Przecież jestem taka fajna/fajny. Dlaczego więc nie chcesz mnie pokochać? Czasami płaczemy, krzyczymy, innym razem się obrażamy. Skala reakcji może być naprawdę ogromna. Ale, ja nie o tym.

Interesuje mnie i zastanawia coś innego. Skoro, nikt nie jest w stanie zmusić nas do pokochania siebie, dlaczego zatem tak często zwalamy winę na innych, że to oni zaniżyli nam samoocenę. Dlaczego w tym wypadku, winni są najczęściej inni? Czyżby znaleźli sposób, by nas zmusić do znienawidzenia siebie? Nie zrozumiałeś? No to odwróć pytanie. Czy ktoś może cię zmusić do pokochania go? Penie, nie. A do pokochania samego siebie? Pewnie nie. Dlaczego zatem tak łatwo dałeś sobie wmówić, że nie jesteś nic wart? Dokładnie, bo nikt ci tego tak naprawdę nie wmówił, sam myślisz o sobie w ten sposób. 

Jeśli przyjmujesz słowa innych za pewnik, znajdujesz jedynie w nich, odbicie swoich własnych myśli i mniemania o sobie. Chcesz to sprawdzić? Zatem, od dziś masz siebie nie lubić i to tak naprawdę nie lubić. Jak myślisz, uda mi się ci to wmówić? Pewnie od razu się na mnie obrazisz. No to idźmy w pozytywną stronę. Od dziś masz siebie kochać bezwarunkowo. Jak myślisz, dam radę ci wmówić, jeśli nie jest zgodne z Twoją wolą? 

Dokładnie, nie dam rady.

Nie ważne, zatem, co wmawiają ci inni, to Twoje myślenie o sobie sprawia, że albo coś sobie potwierdzasz w słowach innych, albo to odrzucasz. I nie wiń proszę innych za swoją samoocenę. Inni naprawdę mogą sobie chcieć i próbować, ale, tak jak nie jesteś w stanie nikogo pokochać na siłę, tak nie jesteś w stanie uwierzyć w nic, co nie jest zgodne z twoim własnym myśleniem o sobie.

2019-03-06

Prawdziwi my

Czy bycie sobą w świecie, gdzie dominuje kult podporządkowania, jest rzeczywiście możliwe? Czy rzeczywiście potrafimy ukazywać swoje cechy, wartości, zdolności lub umiejętności bez strachu przed odrzuceniem? Czy raczej, owszem, staramy się, ale wystarczy jedna negująca reakcja naszego otoczenia, a już chowamy głowę do swojej skorupy, czekając bardziej przychylnych czasów. 
Niektórzy mówią - bądź sobą, wyrwij się spod wpływu społecznych norm, pokaż siebie, nie pozwalaj sobą rządzić, myśl twórczo, otwarcie, a my patrzymy na tę osobę, krzycząc, tak, od dziś będę sobą…czyli, kim? – Czyli, sobą, odpowiadają, zapytani. 
I tu można zamknąć dyskusję, bo my przecież wiemy, kim jesteśmy? Ale, czy na pewno? 
Naprawdę to wiesz, czujesz i pokazujesz bez skrępowania?
Przyjrzyj się zatem temu, jak cię ukształtowano, byś był twórczy, czy uległy? Byśmy kroczyli własną drogą, czy, raczej, byśmy przynosili chwałę swojemu otoczeniu, by inni byli z nas dumni. Naprawdę nagradzano cię, gdy w przypływie kreatywności zrobiłeś coś, w swoim mniemaniu twórczego, a, jak się później okazywało, niekoniecznie to takim wyglądało w oczach innych. Naprawdę pozwalano ci być sobą? Czy raczej, w systemie kar i nagród, które stosowano wobec ciebie, nauczono cię, że uległość jest fajna, bo rodzice tylko wtedy są w stanie okazać ci uczucia, reszta zaś podlega pod system kar, bo nikt nie chciał się z tobą użerać i z twoją potrzebą ruchu, wyładowywania nadmiaru swoich sił lub twórczą ekspresją. Jak myślisz zatem, czego się nauczyłeś? Naprawdę tego, jak być sobą? Czy raczej tego, jak chronić swoją wrażliwość i ukrywać przed innymi siebie? Że jesteś fajny? Inny? Bardziej kreatywny? 
To przyjrzyj się proszę sobie i temu, jak często, robiąc cokolwiek, myślisz rzeczywiście o sobie, a jak często nagradzasz się w myślach cudzymi pochwałami i brawami.
Jaki więc jesteś? I nie chodzi mi o twoją maskę, a o to, jaki jesteś naprawdę? 
A wierz mi, warto tam zajrzeć, bo gdy już się odważysz ją odrzucić, zdziwisz się, co pod nią odkryjesz. Jesteś gotów?

 

2019-03-05

Nasz własny ogród

Tworząc swój własny ogród, zapewne, chciałbyś, aby wszystkie rośliny, które w nim zasadzić tworzyły zdrowe i harmonijne środowisko, ale czy tak jest w istocie? Czy to, co tworzymy w swoim życiu, jest dokładnie tym, czego pragniemy? Dlaczego więc, choć wyrażamy tak jasno swoje pragnienia, iż chcielibyśmy żyć w innymi w harmonii, w naszym ogrodzie jest tyle toksycznie oddziałujących na nas roślin. A może to tylko my nie znamy ich przeznaczenia i nie wiemy, jak pozytywnie wykorzystać ich energię. Jednakże, pozwalamy im rosnąć obok nas, ba, czasami sami wręcz ich zapraszamy i żywimy, w przekonaniu, iż ta roślina cudownie ubarwi naszą przestrzeń, aż do chwili, gdy stwierdzamy, że coś jest nie tak, a to, co tak pięknie się zapowiadało okazuje się być iluzją, której przestrzeń jest dla nas trująca.

Specjalnie przyrównuję teraz świat naszych relacji, do ogrodu, bowiem, duchowo, tak to właśnie wygląda. Nasza przestrzeń jest ogrodem, w którego środowisku, które przecież sami tworzymy, wzrastamy, bądź umieramy, zatruci tym, czym się otoczyliśmy, tym, co pobieramy z naszego środowiska. Ale, choć zapewne mamy o sobie doskonałe mniemanie, także często bywamy trującymi roślinami dla innych, ba, czasami wręcz chcemy, by inni się na nas długo nie pożywili, by sami opuścili nasze środowisko, gdy widzimy, jak złą tworzymy z nimi relację.  

Zatem, czego pozostaje nam życzyć? Świadomości moi kochani, bowiem i trująca roślina może okazać się lekarstwem, jeśli właściwie użyjemy jej energii, zaś, świadomość tego, co zasiewamy we własnym ogrodzie, może naprawdę pomóc nam szybko wzrosnąć, jeśli równie świadomie popatrzymy na jej wpływ na nas.

Zatem, twórzmy piękne ogrody, byśmy nie tylko my sami, ale i inni, by mogli swobodnie przy nas wzrastać. 

2019-03-04

Ja, mój przewodnik

Gdy odwracają się od ciebie obcy ci ludzie, przez chwilę może zwrócić to twoją uwagę, ale…skrzywisz się, może nawet się zastanowisz, o co chodzi i pójdziesz dalej.

Gdy odwracają się od ciebie znajomi, daje ci to już do myślenia. Zastanawiasz się, co jest nie tak, może jestem mało sympatyczną osobą, może powinienem się więcej śmiać, być bardziej otwarty. Pomyślisz, pomyślisz, jak coś wykalkulujesz, jest dobrze, może i nawet to naprawisz, albo zmienisz towarzystwo, co też może być naprawcze, ale idziesz dalej.

Gdy odwracają się od ciebie przyjaciele, ból staje się znacznie większy, bo przecież otworzyłeś serce, dałeś tyle z siebie a oni chcą już zmiany, chcą już iść dalej, Ty zaś chcesz, by wciąż było tak samo. Tu, czasami, nawet nie wiesz, co zrobić, bo więź została zerwana i albo idziesz dalej, albo szukasz sposobu, by to naprawić. I jedna i druga droga na pewno coś ci pokaże.

Gdy odwraca się od ciebie rodzina, czasami wręcz się cieszysz, że masz ich już z głowy, a czasami to boli bardziej niż cokolwiek innego. Walka może trwać latami a nawet przenosić się na kolejne pokolenia, nie mówiąc o wcieleniach. I nie rozumiesz i starasz się to sobie jakoś wytłumaczyć, i się poddajesz, i w końcu idziesz dalej, bo co innego możesz czasami zrobić?

Gdy odwraca się od ciebie ukochany/ukochana, wtedy wali się cały Twój świat. Nic nie ma sensu, dusza aż wyje czasami z bólu, bo nie rozumie, dlaczego ją to spotkało, dlaczego nie może czuć tego nadal? Ale, jak to z bólem bywa, poboli, poboli i albo wyrwiesz z korzeniem, albo wstawiasz nowy, czyli, zakochujesz się w nowym partnerze i znów wierzysz, że będzie to trwać wiecznie. 

Najgorzej jest jednak, gdy to my odwracamy się sami od siebie, gdy zaczynamy sobą gardzić, gdy mamy do siebie żal, wstydzimy się siebie, gdy nijak nie potrafimy okazać sobie uczuć. Gdy nie wyciągamy sami do siebie pomocnej dłoni, pozostawiając swoją duszę zamkniętą na cztery spusty pilnując, by nic nie wypłynęło z niej i nic do nas nie dotarło.

Gdy zamykamy się sami na siebie, stajemy się sami sobie wrogami, wiecznie źli na swoje postępowanie, wiecznie niezadowoleni ze swojego wyglądu, z tego, co osiągnęliśmy. 

To dlatego tak ważnym jest, by przywrócić łączność samemu ze sobą, by otworzyć się na kontakt ze sobą, by się od siebie przestać w końcu odwracać, by wejść ze sobą w jedność, bowiem, skoro wszystko wiesz lepiej od siebie, to może, zamiast marudzić na swoje postępowanie, zwyczajnie je napraw, a jak nie wiesz, jak, sam sobie to pokaż.

2019-02-25

Bez-myślność

Jak często nam się po prostu wydaje? Myśleliśmy, że coś jest inaczej, a okazuje się być inaczej. Myśleliśmy, że ktoś nas lubi, a okazuje się, że ta osoba tylko chciała skorzystać z naszej energii. Myśleliśmy, że on/ona nas kocha, a okazało się, że tylko chciała nas ta osoba posiąść, zdobyć, zaliczyć (jak zwał tak zwał). Myśleliśmy, że dana rzecz, którą kupiliśmy, wybudowaliśmy, stworzyliśmy istnieć będzie wiecznie (no może dłużej niż przeciętnie), a okazuje się, że jest bardziej nietrwała, niż zakładaliśmy. 

Jak często, takie ,,myśleliśmy” potrafi nas rozczarować? Bo myśleliśmy, że będzie inaczej, że będzie lepiej, lżej, łatwiej, a prawda okazuje się być inna. Niestety, często dla nas nie tylko rozczarowująca, ale i bolesna. Bo przecież myśleliśmy…

No dobrze, tylko, o czym my w takich chwilach myślimy? Że jakoś to będzie, że się samo zrobi? Że wystarczy raz i więcej nic nie trzeba będzie robić? 

A może inaczej powinnam zadać pytanie? Czy my w ogóle w takich chwilach myślimy? Mamy nadzieję, to na pewno. Łudzimy się, to też już pewniejsze, ale…myślimy? O czym? I… co to za myśli, skoro ich skutkiem jest rozczarowanie, a nie rzadko i cierpienie. Aż strach pomyśleć, czym są w nas, owe myśli, tak naprawdę wypełnione. A może, to, w owym ,,masz pusto w głowie” tkwi odpowiedź? Wiem, młodzież ma na to swoje określenie. Tylko, co z tego, że ma. My, dorośli też mamy na to wiele określeń, a i tak…myśleliśmy, że…

Ech…życie…

2019-02-20

Zobaczyć siebie w sobie

Chcąc poznać świat wokół siebie, najpierw musisz go dostrzec lub to, co chcesz w nim poznać. Podobnie jest z własną energią, jak chcesz poznać siebie, skoro nawet nie dostrzegasz siebie, ba, nawet nie starasz się czasami siebie dostrzegać, tak zniechęcać cię może już pierwszy widok. Ale, jeśli coś przyciągnie w Tobie, Twój wzrok, powędrujesz za nim, by następnie zastanowić się i zadać sobie pytanie, czym to jest, co tak mocno przyciąga mój wzrok. Czym jest we mnie owo zjawisko? Czy jest chwilowe, czy może czymś bardziej stałym lub powtarzalnym?

Wtedy zaczynasz szukać i rozmyślać nad naturą tego, co dostrzegłeś, następnie czujesz, że chcesz dotrzeć do głębi tego, zrozumieć naturę tego zjawiska, chcesz zobaczyć, co je inicjuje. A dążąc, w końcu dotrzesz do jego istoty i wtedy je pojmujesz, rozumiesz już, czym jest i jaki ma na ciebie wpływ. I jeśli ci nie zagraża, otwierasz się na doznanie całym sobą. Stapiasz się z jego naturą, czego efektem jest nasycenie. Czujesz się spełniony.

A prościej rzecz ujmując;)…patrzysz na coś/siebie i mówisz…wow…to jestem Ja.

2019-02-19

Koncentracja

W życiu, jak i przy wykonywaniu fotografii, potrzebne jest skupienie. Wie to doskonale każdy, kto choć raz wszedł w jedność z tym, co właśnie robi, gdy w danym momencie, poza tą właśnie czynnością, nie istnieje dla naszego umysłu nic więcej. Nic nas nie jest w stanie rozproszyć, nic nie jest w stanie nam zakłócić doświadczania tego, co się dzieje, a doświadczamy wtedy całą duszą, całym ciałem stając się niejako tym, co robimy.

Zdarza się też i tak, że bardzo się staramy skupić, a wciąż nas coś rozprasza. A to kręci w nosie, a to, gdzieś swędzi, a to przypływa zwątpienie, czy nam się to uda lub zniechęcamy się, marudząc, iż coś jest trudne i prawie niemożliwe do wykonania. A to sił nam brak i boimy się, czy wytrwamy do końca, a to myślimy o wszystkim, tylko nie o tym, bo wokół jest dużo więcej ciekawych rzeczy, które nas poruszają niż właśnie to, co teraz robimy. I nie ma nas. Nie czujemy tego, irytujemy się i milion razy chcemy daną czynność porzucić. Aż przychodzi moment, gdy własna wytrwałość wyzwala nas z owej niecierpliwości i nagle, to, co robimy nabiera innego znaczenia, nagle ma sens, nagle widzimy, iż możemy czerpać z tego przyjemność, wręcz rozkosz. Nagle, to, co robimy staje się dla nas źródłem twórczej pracy. 

Jeśli tego doświadczyłeś, brawo. Osiągnąłeś właśnie stan prawdziwego skupienia. A teraz spróbuj to rozciągnąć na inne sfery życia. A…zapomniałabym…powodzenia;)

2019-02-18

Ulotność

Czy zauważasz to, co pojawia się i znika w Twoim świecie? Tych wszystkich ludzi, którzy na chwilę pojawiają się w Twoim otoczeniu i rzeczywiście, przez chwilę ich zauważasz, ale, czy choć jedną z tych osób pamiętasz? Podobnie jest z rzeczami, z których korzystasz. Pamiętasz swoje stare buty, kurtkę noszoną przez jeden sezon, a nawet krócej? Czy pamiętasz to, czym wypełniałeś swoją materialną przestrzeń przez lata, książki, które w chwili zakupy wydawały się tak ważne, a dziś stanowią jedynie miejsce na gromadzenie się kurzu? Czy pamiętasz wschody i zachody słońca, które tak silnie przeżywałeś, wpatrując się z zachwytem w ich piękno. Uśmiech przyjaciół, siebie śmiejącego się na głos, tak szczerze, z serca. Pamiętasz?

Jak myślisz, dlaczego pewne chwilę głębiej zapadły ci w pamięć? Inne zaś wydały się nijakie. I co tak naprawdę przyciąga twoją uwagę? Czy już wiesz, czym wypełniasz swoją duszę?

2019-02-16

Być miłością

Gdy jesteś miłością, takie dni, jak dzisiejszy, nie wydają się wcale ani mniej, ani bardziej wyjątkowe od poprzednich. Nie oczekujesz, nie pragniesz, nie szukasz sposobu celebracji, bo Ty jesteś celebracją. Ukazujesz ją poprzez siebie, poprzez każdy gest, sposób wypowiadania słów, spojrzenie, dzieląc się nią bezwarunkowo. Ale, czy to oznacza, że inni ją w ogóle, w Tobie dojrzą? Oni mogą chcieć od ciebie wyłączności, dowodów, wyjątkowego traktowania, a ona w tobie nie szuka poklasku. Jest spokojna, cicha, niemalże niezauważalna.  

I dziwić cię może, skąd takie zamieszanie wokół niej. Skąd tyle pragnień, skoro tak łatwo można stopić z nią w jedność. Skoro tak łatwo jest nią emanować. 

Dla tych, co wciąż nie mogą/potrafią/nie chcą otworzyć serca

2019-02-16

MIłość

A gdybyś nie mógł mnie znaleźć, jestem tu, w Tobie. Głosem twych myśli, ciszą w twoim sercu, spokojem w twoim spojrzeniu, dotykiem twoich dłoni, którymi tak czule potrafisz mnie ukazać. Jestem w Tobie, choć Ty mnie możesz nie widzieć, ale jestem…

Miłość.

2019-02-16

Przemijanie

Widząc, jak bardzo nietrwały jest świat wokół nas, jak nietrwałe są rzeczy materialne, nasze relacje, przekonania, czasami bywamy tym faktem zasmuceni, szczególnie, gdy dość mocno się przywiązaliśmy do danej obecności w naszym życiu. Innym znów razem cieszymy się, że coś już się kończy, że zaczyna się nowy dzień, nowy proces, że coś nowego rodzi się do życia. Mało, kiedy jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że tu tkwi źródło naszego cierpienia.

To, co naszym zdaniem odeszło zbyt szybko, powoduje w nas ból. To, co nie chce odejść, potrafi powodować ból jeszcze większy, bo wbija w nas pazury lub zalega nam w szufladach lub w szafach. Czasami staje nam na drodze, zatrzymuje siłą, krzyczy - Stój! jeszcze ja. I tego byśmy się pozbyli najchętniej. Gorzej jest, gdy to my nie chcemy, by coś się skończyło, by się rozpadło, by umarło naturalna śmiercią, by dokonało własnego wyboru i poszło swoję drogą. Wtedy to my krzyczymy – Nie odchodź! Nie zostawiaj mnie!

Możemy też krzyczeć delikatniej, mówiąc. Co za badziew, kto to teraz robi takie byle co, ledwie człowiek kupi, troszkę pochodzi w tym i do wyrzucenia. Co to ma być? Nikt się już nie stara, nikt nie dba o jakość. Nikomu nie zależy. I to nie tylko, jeśli chodzi o rzeczy materialne. Nasze relacje są podobnie nietrwałe. I równie dla nas ważne pod względem cierpienia, którego w nich doświadczamy. I można się z tym, oczywiście, pogodzić, ale można i spojrzeć na to od innej strony. Kwiat nie usycha po to, by zadać nam cierpienie, ale po to, by jego energia mogła przejść kolejny cykl, śmierci i narodzin. Tak samo dzieje się w naszym życiu, coś, co umiera, przechodzi jedynie przez ten sam cykl, a to tylko przywiązanie i niechęć do zmian czyni nas tak zasmuconych z tego powodu. 

Gdy jednak poddamy się mu w sposób świadomy, proces wyda nam się nie tylko ważny, ale i sami chętnie zaczniemy korzystać z jego dobrodziejstwa, a wierzcie mi, warto.

2019-02-16

Przenikanie

Wszystko się przenika nawzajem. To, co dla nas materialne, darzymy zarówno uczuciami, jak i emocjami, myślimy na ten temat, tworzymy nowe rzeczy, sprawiamy, były dla nas coraz bardziej komfortowe, byśmy mogli widzieć w nich swój własny rozwój, postęp by ukazywały nam nasza ewolucję. To, co dla nas materialne, potrafimy darzyć takim samym uczuciem, jak i siebie nawzajem. A dzięki temu, wszystko, co postrzegamy jako część siebie, uczy się tego, co nas otacza. Poprzez zaś obcowanie z tym, co sami tworzymy i co zachwyca nas w dziele innych, uczymy się czuć z tym jedność. Jeśli zaś jej nie umiemy czuć, uczymy się doprowadzać do niej. Wszystko więc z jedności i do jedności wraca. Taka nasz droga. Pełna zjawisk i rozproszenia. W końcu jednak wszystko i tak cichnie, burze przemijają, natura rzeczy ukazuje się w pełnej, swojej krasie.

2019-02-07

Istnienie we mnie

A choćbym miała i sama istnieć we wszechświecie, niczego brakować mi nie będzie. Bom kompletna w sobie. Bo nic we mnie, nie należy do mnie. Bo wszystko, na co oko me zwróci uwagę, jedynie zjawiskiem wokół mnie. 

A choćbym miała i samotności doznać wśród ludzi, niczego brakować mi nie będzie. Bom kompletna w sobie. Bo cisza, którą przeniesie mi samotność, ciszą tak naprawdę nie jest, a tylko było mi jej trzeba, bym zobaczyła, jak barwnym jest ten świat.

A choćbym miała i całą ścieżkę przejść sama, nikogo brakować mi na niej nie będzie. Bom kompletna w sobie. Bom sama jestem ścieżką, którą kroczę. Bom wypełnieniem, feerią swych własnych barw. Bom kompletna w sobie.

2019-02-04

Kompletność

Ten, kto odkrył, kim jest naprawdę, nigdy tak naprawdę niczego nie utraci, bo cała wartość tego, co ceni, jest w nim samym. Ten też nigdy też się nie podda, bo tak naprawdę nigdy nie utracił siebie. Ten zaś, kto tylko czerpie z innych, a nigdy nie posłuchał siebie, ten tracić będzie każdego dnia, bo nigdy tak naprawdę nie doznał prawdziwej wartości niczego.

2019-02-04

Tożsamość a utożsamianie

Dopiero, gdy tracimy to, co wydaje się dla nas najcenniejsze, możemy zobaczyć, jak mocno byliśmy do tej rzeczy przywiązani. Poznamy to po stopniu bólu, którego doświadczymy w takim momencie. Po cierpieniu i stracie, jakby to właśnie ta rzecz nas definiowała. Jakby to jej obecność w naszym życiu mówiła, kim jesteśmy. A przecież, jesteśmy i bez tego. Nadal mamy ciało, własną tożsamość, marzenia, myśli, pragnienia. Nadal dysponujemy tą samą siłą, która doprowadziła nas do osiągnięcia tamtej rzeczy.

Podobnie jest z naszymi relacjami. Gdy tracimy kogoś, kogo, jak nam się wydawało, tak mocno kochaliśmy, iż nie wyobrażaliśmy sobie wręcz życia bez tej osoby, dopiero wtedy możemy zobaczyć, jak bardzo się z tą osobą utożsamialiśmy, aż straciliśmy część własnej tożsamości. Po czym to poznać? Po bólu, który doświadczamy po utracie, bowiem wtedy czujemy, jakby umarła cząstka nas samych. Tylko, co tak naprawdę w nas umiera, gdy coś lub kogoś tracimy? Iluzja o szczęściu, jaką dawała nam obecność tej energii w naszym życiu? A może wręcz odwrotnie, żal, że czegoś nie dopełniliśmy, choć mieliśmy taką szansę? To, zatem, jaką część siebie tak naprawdę tracimy? A może, skoro tracimy, to nigdy nie było nasze? Byliśmy jedynie użytkownikami tej energii? Na chwilę, na ten krótki moment, gdy była blisko nas, mogliśmy za jej przyczyna coś poczuć. Teraz zaś, nie potrafimy sami już tego odtworzyć, choć, przecież, niczego nam nie brakuje. Wciąż jesteśmy kompletni, mamy te same zdolności. To skąd w nas zatem taki smutek i żal?

2019-02-03

Słuszność własnych racji

W sumie, jeśli się uprzemy, udowodnić możemy w zasadzie wszystko. Słuszność swoich racji lub niesłuszność cudzych racji, własne przekonanie, że coś jest jakieś lub cudze kłamstwo. I choć nie zmieni to samej prawdy, my i tak możemy dojść w tym naszym argumentowaniu, nawet do czystej perfekcji. A co wtedy, gdy upieramy się w tych naszych przekonaniach i nagle sami zaczynamy widzieć coś więcej. I nagle dociera do nas, że i nasze wcześniejsze widzenie czegoś, w jakiś konkretny sposób, było błędne. Zmieniamy sami zdanie i na nowo przekonujemy, do nowej słusznej racji? Kim zatem się stajemy, gdy wcześniej, bez trudu przychodziło nam coś krytykować, a później sami nagle zaczynamy to np. robić. Skąd w nas taka chwiejność tych naszych przekonań? Do kogo też macie większy szacunek, do tego, który zbłądził, przyznał się i naprawił swoją drogę lub postępowanie? Czy bardziej do tego, który uparcie tkwi w swoich przekonaniach i udowadnia swoją siłę? Komu byście szybciej wybaczyli? Temu, który przeprasza, nawet szczerze wyrażając swój żal i skruchę, czy temu, który w imię sprawiedliwości, wyrównuje rachunki? Kto szybciej z nich dostrzeże prawdę? Ten, który jest o tym przekonany, czy ten, którego zaprzątają sprawy tego świata?

To tak na dziś, do przemyślenia. Czasami warto skierować swoje myśli na zupełnie inny tor. 

2019-01-15