Blog


Przemijanie

Widząc, jak bardzo nietrwały jest świat wokół nas, jak nietrwałe są rzeczy materialne, nasze relacje, przekonania, czasami bywamy tym faktem zasmuceni, szczególnie, gdy dość mocno się przywiązaliśmy do danej obecności w naszym życiu. Innym znów razem cieszymy się, że coś już się kończy, że zaczyna się nowy dzień, nowy proces, że coś nowego rodzi się do życia. Mało, kiedy jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że tu tkwi źródło naszego cierpienia.

To, co naszym zdaniem odeszło zbyt szybko, powoduje w nas ból. To, co nie chce odejść, potrafi powodować ból jeszcze większy, bo wbija w nas pazury lub zalega nam w szufladach lub w szafach. Czasami staje nam na drodze, zatrzymuje siłą, krzyczy - Stój! jeszcze ja. I tego byśmy się pozbyli najchętniej. Gorzej jest, gdy to my nie chcemy, by coś się skończyło, by się rozpadło, by umarło naturalna śmiercią, by dokonało własnego wyboru i poszło swoję drogą. Wtedy to my krzyczymy – Nie odchodź! Nie zostawiaj mnie!

Możemy też krzyczeć delikatniej, mówiąc. Co za badziew, kto to teraz robi takie byle co, ledwie człowiek kupi, troszkę pochodzi w tym i do wyrzucenia. Co to ma być? Nikt się już nie stara, nikt nie dba o jakość. Nikomu nie zależy. I to nie tylko, jeśli chodzi o rzeczy materialne. Nasze relacje są podobnie nietrwałe. I równie dla nas ważne pod względem cierpienia, którego w nich doświadczamy. I można się z tym, oczywiście, pogodzić, ale można i spojrzeć na to od innej strony. Kwiat nie usycha po to, by zadać nam cierpienie, ale po to, by jego energia mogła przejść kolejny cykl, śmierci i narodzin. Tak samo dzieje się w naszym życiu, coś, co umiera, przechodzi jedynie przez ten sam cykl, a to tylko przywiązanie i niechęć do zmian czyni nas tak zasmuconych z tego powodu. 

Gdy jednak poddamy się mu w sposób świadomy, proces wyda nam się nie tylko ważny, ale i sami chętnie zaczniemy korzystać z jego dobrodziejstwa, a wierzcie mi, warto.

2019-02-16

Przenikanie

Wszystko się przenika nawzajem. To, co dla nas materialne, darzymy zarówno uczuciami, jak i emocjami, myślimy na ten temat, tworzymy nowe rzeczy, sprawiamy, były dla nas coraz bardziej komfortowe, byśmy mogli widzieć w nich swój własny rozwój, postęp by ukazywały nam nasza ewolucję. To, co dla nas materialne, potrafimy darzyć takim samym uczuciem, jak i siebie nawzajem. A dzięki temu, wszystko, co postrzegamy jako część siebie, uczy się tego, co nas otacza. Poprzez zaś obcowanie z tym, co sami tworzymy i co zachwyca nas w dziele innych, uczymy się czuć z tym jedność. Jeśli zaś jej nie umiemy czuć, uczymy się doprowadzać do niej. Wszystko więc z jedności i do jedności wraca. Taka nasz droga. Pełna zjawisk i rozproszenia. W końcu jednak wszystko i tak cichnie, burze przemijają, natura rzeczy ukazuje się w pełnej, swojej krasie.

2019-02-07

Istnienie we mnie

A choćbym miała i sama istnieć we wszechświecie, niczego brakować mi nie będzie. Bom kompletna w sobie. Bo nic we mnie, nie należy do mnie. Bo wszystko, na co oko me zwróci uwagę, jedynie zjawiskiem wokół mnie. 

A choćbym miała i samotności doznać wśród ludzi, niczego brakować mi nie będzie. Bom kompletna w sobie. Bo cisza, którą przeniesie mi samotność, ciszą tak naprawdę nie jest, a tylko było mi jej trzeba, bym zobaczyła, jak barwnym jest ten świat.

A choćbym miała i całą ścieżkę przejść sama, nikogo brakować mi na niej nie będzie. Bom kompletna w sobie. Bom sama jestem ścieżką, którą kroczę. Bom wypełnieniem, feerią swych własnych barw. Bom kompletna w sobie.

2019-02-04

Kompletność

Ten, kto odkrył, kim jest naprawdę, nigdy tak naprawdę niczego nie utraci, bo cała wartość tego, co ceni, jest w nim samym. Ten też nigdy też się nie podda, bo tak naprawdę nigdy nie utracił siebie. Ten zaś, kto tylko czerpie z innych, a nigdy nie posłuchał siebie, ten tracić będzie każdego dnia, bo nigdy tak naprawdę nie doznał prawdziwej wartości niczego.

2019-02-04

Tożsamość a utożsamianie

Dopiero, gdy tracimy to, co wydaje się dla nas najcenniejsze, możemy zobaczyć, jak mocno byliśmy do tej rzeczy przywiązani. Poznamy to po stopniu bólu, którego doświadczymy w takim momencie. Po cierpieniu i stracie, jakby to właśnie ta rzecz nas definiowała. Jakby to jej obecność w naszym życiu mówiła, kim jesteśmy. A przecież, jesteśmy i bez tego. Nadal mamy ciało, własną tożsamość, marzenia, myśli, pragnienia. Nadal dysponujemy tą samą siłą, która doprowadziła nas do osiągnięcia tamtej rzeczy.

Podobnie jest z naszymi relacjami. Gdy tracimy kogoś, kogo, jak nam się wydawało, tak mocno kochaliśmy, iż nie wyobrażaliśmy sobie wręcz życia bez tej osoby, dopiero wtedy możemy zobaczyć, jak bardzo się z tą osobą utożsamialiśmy, aż straciliśmy część własnej tożsamości. Po czym to poznać? Po bólu, który doświadczamy po utracie, bowiem wtedy czujemy, jakby umarła cząstka nas samych. Tylko, co tak naprawdę w nas umiera, gdy coś lub kogoś tracimy? Iluzja o szczęściu, jaką dawała nam obecność tej energii w naszym życiu? A może wręcz odwrotnie, żal, że czegoś nie dopełniliśmy, choć mieliśmy taką szansę? To, zatem, jaką część siebie tak naprawdę tracimy? A może, skoro tracimy, to nigdy nie było nasze? Byliśmy jedynie użytkownikami tej energii? Na chwilę, na ten krótki moment, gdy była blisko nas, mogliśmy za jej przyczyna coś poczuć. Teraz zaś, nie potrafimy sami już tego odtworzyć, choć, przecież, niczego nam nie brakuje. Wciąż jesteśmy kompletni, mamy te same zdolności. To skąd w nas zatem taki smutek i żal?

2019-02-03

Słuszność własnych racji

W sumie, jeśli się uprzemy, udowodnić możemy w zasadzie wszystko. Słuszność swoich racji lub niesłuszność cudzych racji, własne przekonanie, że coś jest jakieś lub cudze kłamstwo. I choć nie zmieni to samej prawdy, my i tak możemy dojść w tym naszym argumentowaniu, nawet do czystej perfekcji. A co wtedy, gdy upieramy się w tych naszych przekonaniach i nagle sami zaczynamy widzieć coś więcej. I nagle dociera do nas, że i nasze wcześniejsze widzenie czegoś, w jakiś konkretny sposób, było błędne. Zmieniamy sami zdanie i na nowo przekonujemy, do nowej słusznej racji? Kim zatem się stajemy, gdy wcześniej, bez trudu przychodziło nam coś krytykować, a później sami nagle zaczynamy to np. robić. Skąd w nas taka chwiejność tych naszych przekonań? Do kogo też macie większy szacunek, do tego, który zbłądził, przyznał się i naprawił swoją drogę lub postępowanie? Czy bardziej do tego, który uparcie tkwi w swoich przekonaniach i udowadnia swoją siłę? Komu byście szybciej wybaczyli? Temu, który przeprasza, nawet szczerze wyrażając swój żal i skruchę, czy temu, który w imię sprawiedliwości, wyrównuje rachunki? Kto szybciej z nich dostrzeże prawdę? Ten, który jest o tym przekonany, czy ten, którego zaprzątają sprawy tego świata?

To tak na dziś, do przemyślenia. Czasami warto skierować swoje myśli na zupełnie inny tor. 

2019-01-15

Wolność od i do

Gdy ktoś mówi, chcę odejść z Twojego życia, nie płacz po nim. Nie trzymaj go też i nie przywiązuj się do stanu jego obecności, bez względu na to, jak wielką sprawiła ci ta obecność przyjemność. Niech idzie, a każda twoja myśl będzie pełna wdzięczności za czas wspólnego obcowania. Podobną wolność daje też i sobie, i nie zatrzymuj się, idź cały czas dalej, bez względu na to, jak mocno ktoś będzie chciał cię przy sobie zatrzymać, tłumacząc, iż jesteś wciąż mu/jej potrzebna. Nie bój się też, że zranisz tę osobę, odchodząc. Jeśli waszą relację łączyło przywiązanie do siebie, w pewnej chwili więź stanie się ograniczeniem dla któregoś z was. Więzieniem lub miejscem, gdzie męczyć się będziecie oboje. Jedno, myśląc cały czas o odejściu, drugie, myśląc cały czas o zatrzymaniu cię przy sobie. Tu się jednak nie obawiaj, nie wszystkie Twoje relacje takie są. Nie musisz się wyrywać całemu światu, chyba, że tak się czujesz. To jednak będzie oznaczać, iż źle ci zapewne i samej ze sobą. Źle ci z własnymi myślami, źle, gdziekolwiek się udasz i źle, czymkolwiek się zajmiesz. Po prostu ci źle, bo przyzwyczaiłaś się, iż ktoś ciągle musi być obecny w twoim życiu, ktoś ciągle musi się Tobą zajmować. Nawet rzeczy traktujesz zapewne, jak swoje. Nawet do nich się przywiązałaś i nie oddasz, nie pozwolisz też innym ich ruszyć i czekasz zapewne, aż się rozpadną. A i wtedy może być ci ich żal. Bo były Twoje.

Powiedzcie mi zatem, proszę, jaka jest wasza wolność, dużo was sił kosztowała? Czy jednak nadal potraficie walczyć o kogoś, kto mówi wam, nie chcę cię. A jeśli chodzi o was, łatwo wam przychodzi zostawić innych i iść dalej?

2019-01-15

Nieomylność

Jakikolwiek nie postawiłbyś sobie przed sobą cel, jeśli nie usuniesz przeszkód, nie dotrzesz do niego, bez względu na to, jak sprytne są twoje posunięcia. Podobnie jest z twoimi zdolnościami lub umiejętnościami, jeśli nie okażesz choć odrobiny pokory, wydawać ci się będzie, że wiesz już wszystko i nic już nie musisz. Nie musisz się uczyć, ćwiczyć, nie musisz się już nikim ani niczym inspirować. Prędzej zaprzeczysz wszystkiemu, wymyślisz milion wymówek, ale nie przyznasz, że czegoś nie wiesz. Bo przecież w Twoim umyśle, to takie proste, wystarczy chcieć. Bez wysiłku, bez problemów. Wystarczy tylko wyrazić pragnienie, a samo się stanie. I wyrażasz je i nic się nie dzieje. Lub dzieje się, ale nie to, co chciałeś. Czasami dzieje się to, ale nie tak, jak byśmy chcieli i wtedy to dopiero mamy powód do frustracji. Nie ma bowiem dla nas większego nieszczęścia niż brak świadomości, jakimi możliwościami tak naprawdę dysponujemy. A dysponujemy. I kiedy już je widzimy, dopiero wtedy dziwnym nam się wydaje, że ich nie widzieliśmy wcześniej. A przecież to takim prostym wydaje się, gdy widzimy je wszystkie. Wystarczy zrobić to i to i już to mamy. Wystarczy ominąć tę przeszkodę i już możemy prosto zmierzać do celu lub nie robić czegoś konkretnego. 

To dla tego są tak ważne, dlatego tyle uwagi im poświęcamy i wciąż chcemy je odkrywać, wciąż widzimy, że jest ich dużo więcej. 

Szczęśliwy zatem ten, kto potrafi dostrzec ich wystarczająco dużo, by odkryć, jaką tak naprawdę ma kroczyć drogą, by dotrzeć prosto do swojego celu. Ślepiec zawsze będzie kluczyć, błądzić w swoim umyśle, przeświadczony, że idzie dobrą droga i nigdy nie spojrzy na nikogo, by o nią zapytać. Może też unieść ją wysoko, gdy ktoś mu wskaże błąd, bo choć popełni błąd, w jego mniemaniu to bez znaczenia. Tak ślepe są bowiem w nas przekonania o swej nieomylności. I jakże surowym nauczycielem jest wtedy czas, gdy nie da się już uciec od konsekwencji. 

2019-01-15

Wychowywać czy dać się wychować?

Pewne nasze cechy zawsze będą przyciągać innych i wydawać im się atrakcyjne w nas, inne zaś odpychać. Podobnie jest i w naszym przypadku. Jedne cechy nam się podobają w innych, inne nie. Czasami ktoś spojrzy na nas i powie, o, jaki ty jesteś fajny, jaki dobry, jaki naiwny. Jak ja lubię takich ludzi, takich słodkich, ciepłych i czułych. A czasami wręcz przeciwnie, ktoś popatrzy na, nas i powie, kurczę, wiesz, masz w sobie coś niepokojącego, mrocznego, wywołującego dreszcz na plecach, ale to jest właśnie to, co mi się w tobie podoba. Niekiedy patrzymy na kogoś i od razu widzimy w nim substytut rodzica, od razu chcemy się w tę energię wtulić, poczuć jej ciepło, a czasami, to w nas budzi się przy kimś rodzic i na przykład widzimy szansę na to, by na kimś poćwiczyć rolę rodzica. Gorzej, gdy własne dziecko przejmuje rolę rodzica i zaczyna nas wychowywać, tak silną bowiem emanujemy niedojrzałością, nie mając nawet tego świadomości. Czasami taką rolę odgrywa nasz partner, a czasami wychowujemy się nawzajem, przechodząc etapy, od seplenienia, do: dorośnij w końcu lub, zachowywałbyś się w końcu poważnie, przestań zachowywać się jak małe dziecko.

I, o ile na początku, gdy rola rodzica jest w szczytowej fazie rozkwitu, kompletnie nam to nie przeszkadza, to już później, gdy oczekujemy powagi i zaczynamy iść w drugi biegun, zaczyna nas to naprawdę mocno drażnić. I to nie tylko w tej drugiej stronie, ale i w nas samych. W końcu mógłby ten bachor w nas i w innych dorosnąć. Ile można seplenić, ile można się pieścić ze sobą?

Dlaczego tak się dzieje? Otóż, gdy wchodzimy w jakiś układ ról, na początku każda ze stron poddaje się ich wpływowi i zaczyna odgrywać je całym sobą. Ale, jak wszystko wokół nas i ten układ będzie chciał w końcu ewoluować i wejść w kolejne fazy rozwoju, czyli dojrzałości. A wtedy, wtedy zaczyna się problem, bowiem, jeśli to my czujemy, że chcemy dojrzeć, dziecinność naszego otoczenia będzie dla nas zwyczajnie irytująca. Jeśli jest odwrotnie i to my nie chcemy dojrzeć, to my będziemy irytować tych, którzy chcą pójść dalej w swoim rozwoju. I to oni będą szukać od nas wolności, no chyba, że wykażemy tendencję do rozwoju, wtedy stworzymy poczucie, że idziemy razem. I takich przykładów pewnie podacie wiele. Niestety, dzieje się też to drugie, czyli niechęć którejś ze stron, by dojrzeć. I tu też pewnie sypnęlibyście przykładami, gdy mieliście zwyczajnie dość niedojrzałości kogoś wam bliskiego, kto nie chciał dorosnąć, spoważnieć. Kto ciągle, jak małe dziecko, upierał się na jedno, choć wokół było mnóstwo innych możliwości.

Co wtedy zrobić? Zostawić? Pójść dalej samemu? Tłumaczyć? Liczyć na cud, że w końcu dotrze do mózgu? A może zostać i cierpliwie wychowywać dalej? Tylko, czy nam się będzie chciało? No właśnie. Co zrobić w takiej sytuacji? 

A jak wy wtedy się zachowujecie? Macie jakieś pomysły?

2019-01-07

Rezygnacja

To, co widzimy blisko, nawet, gdy czujemy, iż jest sprzeczne, nie jest trudno pogodzić, gdy czujemy, że pogodzenie tego w sobie, przynosi nam nie tylko stan ulgi, ale i odczucie zrównoważenia. Trudniej jest dostrzec to, co wymaga już większej uwagi i wysiłku, by tam dotrzeć. Podejmujemy jednak ten trud, bez względu na koszty i wysiłek, gdyż czujemy, iż tej właśnie równowagi potrzebujemy, by móc zrobić kolejny krok do przodu w naszym rozwoju.

Niekiedy potrzebujemy oddalić się tak daleko od siebie, iż prawie cudu potrzeby, by stamtąd wrócić. Miło jest oczywiście, gdy ktoś idzie z nami, gdy czujemy wsparcie tych, którym ufamy, ale, nawet ci, którzy idą z nami mają swoją wytrzymałość psychiczną a czasami i fizyczną. Nawet oni mogą w pewnej chwili powiedzieć, dalej już z Tobą nie pójdę, bo zwyczajnie nie mam sił. Jak się wtedy czujemy? Czasami opuszczeni, czasami zawiedzenie, gdy spodziewaliśmy się, iż ktoś z nami pójdzie dużo dalej. Uszanujmy jednak wolę tych, którzy zwyczajnie nie chcą nam towarzyszyć w dalszej podróży, widocznie, do tego właśnie miejsca mieli dotrzeć z nami i w sobie. Oni także mają do tego prawo, by to poczuć. Nie są przecież na nasze zawołanie. A jeśli zawiedliście się na nich, bo okazali się słabsi, cóż, tu już warto przyjrzeć się własnym intencjom, bo sami dalej nie musimy wcale dojść. 

2019-01-05

Umiar

Czasami tak bardzo zapędzamy się w naszych relacjach, iż sami tracimy umiar, przyzwalając na rzeczy, na które normlanie byśmy nie przyzwolili. Czasami liczymy na opamiętanie drugiej strony, ale okazuje się to być najczęściej pobożnym życzeniem, bo niby dlaczego ta druga strona ma się opamiętać, skoro my jej na to pozwoliliśmy, by nas potraktowała w konkretny sposób. Bo ma własny rozum? Pewnie jakiś ma, ale może jej przecież brakować świadomości wewnętrznej, nie mówiąc o intencjach. Nie musi tego wiedzieć, nie musi też posługiwać się wobec nas rozumem, choć takie może być nasze pragnienie. Przecież my też nie jesteśmy wcale inni, my również potrafimy potraktować innych w sposób, który oni uznają za raniący. My także możemy nie rozumieć, o co chodzi tej drugiej stronie, jakie ma intencje, po co na przykład tak uparcie drąży jakiś temat, choć nam się wydaje, iż dawno powinna sobie go odpuścić. Po co trzyma się danego miejsca zamieszkanie, choć mówi, że jej tam źle, po co siedzi w danym związku, pracy, jakiejś relacji, po co żali się, że jest nieszczęśliwa, skoro może wyjść z tego i zmienić swoje życie. 

Przychodzi jednak taki moment, gdy nasze marudzenie zwyczajnie zaczyna innym przeszkadzać, gdy nasze wieczne deklaracje, zrobię to, tamto, siamto, stają się ciągiem pustych słów. Gdy nasze obietnice zbywane są uśmiechem, zanim dokończymy je w ogóle wypowiadać. Gdy nasze zapewnienia okraszane są krótkim, jasne. 

Przesycamy się nawzajem, sobą innych, jak i sami dochodzimy do momentu, gdy czujemy, że więcej już nie jesteśmy w stanie przyjąć cudzego naiwnego myślenia, postępowania, mówienia o tym samym, i wciąż o tym samym, i wciąż o tym samym, bez najmniejszych perspektyw na zmianę. 

I choć bardzo nas rani, w takim momencie, odrzucenie innych, zastanówmy się, czy inni nie czują po prostu tego samego, co i my, gdy mamy dość ich energii. Pytanie zatem na dziś, ile tak naprawdę jestem w stanie znieść? Na ile jestem w stanie przyzwolić, jak duża jest moja cierpliwość? I po co mi tak naprawdę to wszystko? Jaką granicę chcę tak naprawdę zbadać?

No to się zastanawiamy.

2019-01-05

Upór

Przyjemnie jest go odczuwać, gdy pokazuje nam konsekwencję, z którą dążymy do wyznaczonego celu, ale co wtedy, gdy staje się dominujący w naszym życiu i wszystko nam w nim układa?

Upór, bo to o nim mowa.

Gdy czujemy jego siłę za plecami, potrafi nas przepchnąć przez największe trudy życia. Ciągnąć do wyznaczonego celu, pomagać nam pokonywać różne przeszkody, ale co wtedy, gdy upieramy się na to, by iść przez życie z tą a nie inną osobą, że partner ma być taki a nie inny, tak a nie inaczej ma się zachowywać, bo jak nie będzie, to wolimy być już singielkami, byle tylko nie zejść poniżej jakiegoś poziomu wyobrażeń. Podobnie jest z pracą. Gdy potrafimy wykorzystać nasz upór, potrafimy i dojść z nim pod rękę do stanu, który chcemy osiągnąć. Zrobić karierę, osiągnąć sukces, zdobyć wymarzone stanowisko, być, kim chcemy. Ale, co, gdy znów, zaczynamy mu podlegać aż nadto i niczym osiołki, bez obrażania zwierzęcia oczywiście, w jedną i tylko w jedną stronę chcemy iść, w jeden i tylko w jeden sposób chcemy coś realizować, zmuszamy innych do uległości, bo wydaje nam się, że my wiemy lepiej od nich, jak mają podążać i co robić w życiu.

Jak to mówią, w równowadze, wszystko jest zawsze pięknie widoczne i ułożone, ale wystarczy małe zachwianie równowagi, by z uporem maniaka niszczyć to, co zaczęliśmy, lub uparcie wychowywać innych, choć inni mogą tego wcale nie chcieć. Z uporem możemy też udowadniać innym swoją rację, tępić lub przekonywać do swoich wizji życia. Wszystko w zasadzie możemy, tylko, kiedy robi nam się w tym naszym uporze tak naprawdę niewygodnie? Bowiem, nie ma się co oszukiwać, nie zawsze będzie wiał nam wiatr w żagle i przyjdzie taki moment, gdy opór stanie się przeszkadzający. Oby oczywiście nie w chwili, gdy już zryjemy cały chodnik piętami wokół domu lub posypie nam się życie, bo przez własny upór doprowadziliśmy np. do zerwania fajnego związku, popsucia fajnej relacji lub nie dopuściliśmy do siebie nikogo, z kim moglibyśmy stworzyć dobrze rokujący związek, bo uparcie wierzymy, że to ma być rycerz na białym rumaku. 

Kiedy zatem robi się wam niewygodnie z własnym uporem? Widzicie w ogóle jego działanie w swoim życiu? W takim razie, zadanie na dziś: Spróbujcie rozróżnić, jak wiele rzeczy udało wam się w życiu osiągnąć, właśnie dzięki własnemu uporowi i jak wiele rzeczy, dzięki niemu popsuć. 

2019-01-04

Wewnętrzny wojownik

Jak dużo czasu poświęcasz, by zawalczyć o swoje szczęście? Jak dużo kosztuje cię to wysiłku, by zadbać o siebie, swoje zdrowie? Jak wiele jesteś w stanie zrobić dla miłości? Wiele? Tak myślałam. 

Lubimy walczyć, lubimy, gdy coś stanowi dla nas wyzwanie, bo wtedy po prostu czujemy, że żyjemy, dlatego też, będąc zupełnie nieświadomymi tego, co robimy, wyzwaniem robimy w zasadzie większość tego, co robimy w życiu. I choć mogłoby to przyjść do nas ot tak, po prostu, my lubimy się zwyczajnie siłować: z sobą, życiem, partnerem, rodziną, innymi ludźmi, by nie tylko wyszło na nasze, ale i dostać przy okazji to, czego pragniemy. A gdy nasz wojowniczy charakter potęgowany jest jeszcze przez nasze pragnienia, wszystko potrafimy zamienić na pole bitwy. Bo jak tu docenić np. miłość, gdy jest za prosta, gdy pojawia się partner, który chce nas ot tak, zwyczajnie, kochać, a nam się wydaje, że musi dla nas wspiąć się najpierw na tę naszą wieżę, pokonać smoka, a przynajmniej siedem wzgórz, dolin i jezior.  Bo, jak tu docenić tę miłość, gdy jest za prosta? Jak docenić życie, gdy nie stanowi dla nas żadnego wyzwania? Jak tu docenić siebie, jeśli nie pokonamy w sobie przynajmniej tuzina demonów?

Lubimy walczyć, lubimy czuć tę moc w sobie, gdy to, co osiągnęliśmy, osiągnęliśmy niemalże heroiczna pracą, tylko, czy rzeczywiście warto walczyć? A co, jeśli nie zatrzymamy się po osiągnięciu celu i będziemy walczyć dalej? Już nie o miłość, a z partnerem, np. o dominację w związku? Z szefem o pozycję w firmie, z sobą o wszystko, do czego uważamy, że mamy prawo. A co, jeśli, ta walka nigdy się w nas nie skończy? Inie ważne, że już nie chcemy walczyć, że chcemy już odpocząć. Co wtedy? Zaczniemy walczyć z własną duszą o prawo do spokoju?

Zadanie zatem na dziś: jak uspokoić duszę, swoje pragnienie walki, osiągania, zdobywania, a przejść do poziomu zwyczajnego przyjmowania? Co zrobić, by już nie walczyć i nie stawiać wyzwań miłości, a zwyczajnie stać się nią. Myślicie, że wystarczy powiedzieć wojowniczej duszy, zrób to, po prostu to zrób, stan się. Myślicie, że to takie łatwe? No to dalej, zróbcie to. Właśnie tam, gdzie walczycie najbardziej. Zróbcie to. 

I co? Nie jest tak łatwo, prawda?

Cóż…nie jest łatwo…

2018-11-24

Docenianie

Jak bardzo wybiórcze jest nasze postrzeganie? Bardzo, ale nie o jego istocie chciałabym napisać, a o wybiórczości w relacjach, gdy w określonych warunkach, nasza świadomość celowo jest ograniczana i to przez nas samych, gdy wręcz jawnie bojkotujemy w naszych partnerach, znajomych, przyjaciołach, rodzinie pewne cechy i postawy, inne wręcz przejaskrawiając. Stąd mówi się o syndromie różowych okularów, szczególnie w okresie zakochania, gdy wszystko w partnerze wydaje nam się piękne, a nawet wtedy, gdy widzimy, że coś jest nie tak w niektórych reakcjach naszego partnera, znajdujemy dla nich tyle wytłumaczeń, iż nie warto nawet tym sobie głowy zawracać. Ciekawiej dzieje się, gdy chcemy się z kimś np., rozstać. Nagle to, co było różowe, szarzeje, a nawet staje się czarne, tak bardzo akceptowane przez nas wcześniej cechy stają się nagle drażniące, reakcje i sposób zachowania irytujący, my zaś zaczynamy się zastanawiać, co ja takiego w tej osobie widziałam, po co wchodziłam z nią w związek, po co się z tą osobą zaprzyjaźniałam lub wchodziłam z nią w interesy? I do głowy nam nawet nie przychodzi, iż każdy z tych procesów jest dla nas równie ważny, dla kształtowania naszej wewnętrznej świadomości, by dotarło do nas, czego właściwie chcemy? Świadomi nie mają po prostu takich problemów, dla nich każda relacja jest ważna od samego początku do końca, każdy gest inspirujący, w każdej postawie znajdują coś, co wykorzystują dla swojego rozwoju. Dla świadomej osoby wszystko jest ważne, nawet to, co irytuje, bo taka osoba widzi w tym zwyczajnie siebie, to, co wymaga jeszcze przemiany i uświadomienia.  

Gdy zaczniesz zatem doceniać to, czym lub kim się otoczyłeś, gdy zaczniesz widzieć wartość, której nie pozwalały, dostrzec ci wcześniej różowe lub ciemne okulary, jesteś w domu. Od tego momentu wykorzystasz bowiem wszystko, by wzrosnąć i uczynisz wszystko, by inni mogli wzrastać obok ciebie, a wszystko w zamian podzieli się z tobą swoją wartością, którą zwyczajnie zacznie dostrzegać w sobie i wokół siebie. 

Zadanie na dziś: czy potrafię dostrzec wartość, zarówno w sobie, jak i wokół siebie, nawet w tym, co wydaje się najmocniej irytujące, wkurzające lub odpychające. Czy potrafię zobaczyć, czego to mnie uczy?

2018-11-22

Równowaga wewnętrzna

To, co potrafi nas jeszcze wyprowadzić z równowagi, bywa czasami równie szokujące dla naszego mniemania, jak i świadomość, że owe coś nam się w ogóle przydarzyło. A potrafi się przydarzyć i potrafi nieźle wytrącić z równowagi, pokazując, jak wiele jeszcze pozostało do przemiany, by stan równowagi pozostał w nas niezachwiany. Widać to najlepiej po tym, jak mocny przeżyliśmy w takim momencie stres i jak silnie to później odchorowaliśmy.

Czy da się w ogóle w takim momencie nie zareagować? Niestety, nie da i na nic tu nasza słaba wola i wszelkie stwierdzenia: już więcej na to nie pozwolę, na drugi raz inaczej postąpię, nie pójdę, nie zrobię, nie ulegnę, itd. W takich sytuacjach reagujemy po prostu, na poziomie podświadomym, a ten pozostaje poza naszą wolą, jeśli nie ogarnęliśmy go wcześniej swoją świadomością i nie uświadomiliśmy sobie, jakie procesy weń zachodzą.

Patrząc zatem od strony duszy, chwile, gdy coś nas pięknie testuje i wytrąca nas z równowagi, mówiąc bardziej zrozumiałym językiem, wkurza nas, są dla duszy najcenniejsze, bo co, jak nie właśnie taka sytuacja, pokaże nam, nad czym jeszcze trzeba w sobie popracować, co pozostaje do uświadomienia i co trzeba jeszcze zrobić, by ów stan równowagi zachować lub wrócić do niego jak najszybciej po przebytym stresie. Dlatego też, choć stan zdenerwowania nie jest miłym w odbiorze odczuciem, potrafi pokazać duszy prawdę o niej samej i jej systemie pojmowania, i choć fizycznie będziemy się denerwować, z czasem, gdy już kurz opadnie, sami zauważycie, że to w duszy go docenicie najprędzej. A ciało? Cóż, ciało będzie musiało jeszcze ten stan odchorować. Zatem, temat na dziś: Czy potrafię docenić stres i cenne lekcje pokory, które ukazują mi prawdę o mnie samej?

2018-11-21

Iluzja pragnień

Dzikie zwierzę, które złapie się we wyki, potrafi odgryźć swoją kończynę, byle tylko uwolnić się z niewoli. A jak jest z nami? Do czego potrafimy się posunąć, by uwolnić się z jakiejś relacji? Jak daleko potrafimy pójść w swojej destrukcji, byle tylko odzyskać wolność? A potrafimy i robimy to, kończąc zniewalające nas lub, jak je nazywamy często, toksyczne znajomości, rzucając pracę lub wyjeżdżając gdzieś, gdzie nie mamy bliskiego kontaktu z rodziną. Potrafimy niszczyć, zrywać więzy, potrafimy też walczyć i przeciwstawiać się, gdy coś jest dla nas niszczące. Czasami wręcz z premedytacją wykorzystujemy ową niszczącą siłę, w której upatrujemy czasami wręcz ostateczny ratunek i możliwość utraconej wolności.

A tak przecież było fajnie na początku, tyle marzeń, planów, tak wiele potrafiliśmy z siebie dać. I nagle jakaś relacja zaczyna nas uwierać, nazywamy ją destrukcyjną, starając się z niej uciec. Podobnie jest z miejscem, w którym postanowiliśmy zamieszkać. Na początku pełni planów, otwarci, a po jakimś czasie, potrafimy powiedzieć, to miejsce mnie dusi. Nie inaczej dzieje się też w pracy. Otwarci i pełni pomysłów na początku, z czasem czujemy, jakby nas pochłonęła ciemność. W przyjaźni i związkach dzieje się równie podobnie. Co się zatem w nas zmieniło, że nagle, coś nam zaczęło przeszkadzać? Co się takiego stało po drodze, iż tak duże nagle zaczęliśmy dostrzegać dla siebie zagrożenie? Czy nadzieja, którą żywimy często na początku, czyni nas aż tak dużymi ślepcami? A może my sami się nimi czynimy, tworząc sobie łudzący obraz, iż dana rzecz, miejsce, praca, związek, relacja coś nam da. Może to my chcemy więcej niż możemy dostać? Hm…do zastanowienia na dziś.

2018-11-20

Porozumienie na poziomie duszy

- Posłuchaj mnie! – mówimy, gdy chcemy do kogoś dotrzeć.

- Czy Ty w ogóle mnie słuchasz?! – irytujemy się, gdy czujemy, że uwaga drogiej strony jest rozproszona.

- Czy Ty rozumiesz w ogóle, co ja do ciebie mówię?! – denerwujemy się, widząc, że nasze słowa trafiają w pustkę.

Jak często nasz dialog z drugą osobą, wygląda właśnie w ten sposób? 

Mówimy do kogoś, licząc na to, że będziemy wysłuchani. Czasami, oprócz wysłuchania, liczymy jeszcze na zrozumienie, z tym jednak jest gorzej, gdy nasz rozmówca jest kompletnie rozkojarzony lub przebywa, w swoim własnym świecie. Jeszcze bardziej nas irytuje, gdy ten, do którego mówimy, zaczyna demonstracyjnie sprawdzać przy nas pocztę w telefonie, lub robi coś równie denerwującego, pokazując nam, że w sumie ma gdzieś to, co do niego mówimy.

Zrozumiałym oczywiście jest, gdy nasz rozmówca mówi głupoty i nie jesteśmy ich w stanie znieść. Pouczeń także nikt nie lubi. Żalenia się? Tu już bywa różnie, bo do jakiegoś stopnia, jeszcze jesteśmy w stanie to wytrzymać, ale, jak długo? Krytyki? Zależy od świadomości krytykującego i otwartości słuchającego krytyki. Jeśli jest konstruktywna, nawet da się jej wysłuchać i wyciągnąć jakieś wnioski. Przekleństw lub narzekania? Tu także bywa różnie, bo i my czasami lubimy ponarzekać w specyficzny sposób.

Rzadko jednak się zdarza, iż naprawdę rozumiemy tego, który do nas mówi, ale się zdarza i warto to w sobie pielęgnować i rozwijać. Dzieje się zaś to wtedy, gdy nasze rozumienie rozwija się najpierw w stosunku do nas samych. Wtedy to właśnie, gdy sami siebie jesteśmy w stanie usłyszeć i nie uciekamy od siebie samych w światy marzeń, używek, wirtualnych gier lub Internetu, wtedy to możemy w końcu usłyszeć swój wewnętrzny głos, a także wewnętrzny głos innych ludzi. Wtedy też możemy poczuć własną obecność i obecność innych wokół nas, prawdziwą obecność. Wtedy właśnie spotykamy się na poziomie duszy, nasz dialog jest dużo głębszy, nasze słowa płyną prosto z serca, wtedy możemy naprawdę poczuć siebie.

2018-10-24

Chciejstwo a rzeczywistość

Zawsze, gdy spodziewamy się czegoś innego, świat zdaje się coraz bardziej nas zaskakiwać. I rzeczywiście nas zaskakuje, ale tylko wtedy, gdy spodziewamy się czegoś bardziej zgodnego z naszymi pragnieniami niż tym, co się rzeczywiście może zdarzyć. 

Gdy dochodzi już do konkretnej sytuacji, okazuje się, że wszystko przebiega zupełnie inaczej niż w naszej głowie. A im silniejsze kierują nami pragnienia, by coś przebiegło zgodnie z nimi, tym większego potrafimy doświadczyć rozczarowania. My zaś nie umiemy tego często pojąć, bo jak to, dlaczego nie może być tak, jak my chcemy? Dlaczego nic nie idzie zgodnie, po naszej myśli? Dlaczego ten świat jedynie chce nas karać, odbierając szansę na szczęście? 

Pytań można postawić oczywiście więcej, ale, zastanówmy się, czy świat rzeczywiście musi spełniać nasze zachcianki i czy zawsze musi być tak, jak to sobie zaplanowaliśmy? A może to, co się dzieje, jest jedynie lustrem i pokazuje nam, jak niska jest nasza świadomość, a poprzez to, jak niski mamy wpływ na owe zdarzenia. Zobaczcie, co się z nami dzieje, gdy nie dzieje się tak, jak byśmy sobie tego życzyli, jak ogromnej frustracji potrafimy wtedy doświadczyć, z rzucaniem przedmiotami włącznie. Jak silną wtedy wyzwalamy chęć zniszczenia czegoś, rozbicia jakiejś struktury. Jak silne targają nami wtedy emocje. Bo musi być po naszemu i już, bo jak, nie, to…tu już samo sobie dopiszcie, co wtedy robicie. Ale, skoro po burzy potrafi wyjść słońce i przyjść spokój, w nas także dokonuje się podobne zjawisko.

Na to także zwróćcie uwagę, na moment, gdy do was samych zaczyna docierać świadomość i zaczynacie zadawać sobie pytanie, po co się tym tak mocno przejmuję? Dlaczego mnie to tak frustruje? Naprawdę nie przyjmę niczego, co nie jest zgodne z moim widzimisię? Naprawdę wszystko musi być po mojemu?

No właśnie…musi?

2018-10-23

Pokonać wojownika

Chcąc dotrzeć do celu, potrafimy wykorzystać nie tylko swój upór, ale i inne cechy, które torują nam drogę, choć nie zawsze jest to prosta droga. Czasami bowiem, gdy nasze poglądy i przekonania są tak skostniałe i można powiedzieć, że stworzyliśmy w sobie beton, musimy przebijać się przez każdą strukturę, każdy stworzony podświadomie opór, iż sami możemy zacząć zadawać sobie w duszy pytanie, czy warto?
W drugą stronę dzieje się podobnie, gdy wierzymy, że zmienimy kogoś, a umysł tej osoby wydaje się być nie do przebicia. Co wtedy zrobić? Tu już wszystko zależy od naszej woli i od tego, jak bardzo nam zależy na relacji z tą osobą. Jeśli zależy, będziemy kopać, kruszyć beton w jej podświadomości, poświęcając na to czas i życie. A im bardziej nam na tej osobie będzie zależeć, tym więcej włożymy w to wysiłku, czasami będziemy to czynić nawet, kosztem własnego zdrowia.
Ciekawe, że w stosunku do siebie nie potrafimy wykazać już tyle determinacji. Tak naprawdę, częściej odpuszczamy, gdy chodzi o nas samych niż wtedy, gdy chodzi o kogoś, kogo kochamy. My sami musimy dopiero przegrać, dostać naprawdę po tyłku, stanąć pod ścianą, być pozbawieni wszystkich sił, które zgromadziliśmy do walki. I dopiero wtedy, gdy już wojownik w nas leży pokonany, dopiero wtedy potrafimy zebrać się, by wszystko poukładać od nowa. Wojownik, jednak musi naprawdę zostać w nas najpierw pokonany, inaczej, szybko wyliże rany i dalej będzie walczyć. Dalej będzie szukać wrogów, dalej będzie żyć w nas, w ciągłej gotowości do walki i dalej będzie nas zagrzewać do boju.
A co ciekawsze, choć jest w nas, choć kieruje naszym życiem, my go często nie widzimy i nawet nie chcemy go widzieć. Ale bywa i tak, że nie tylko go widzimy, ale i jesteśmy wręcz dumni ze swojej wojowniczości i dopiero większa klęska pokazuje nam, dokąd prowadzi nas ta rola i czy warto było się jej poddać, iść za nią. A tu już bywa różnie, choć najczęściej się jej poddajemy i idziemy, i walczymy, i czasami wygrywamy a czasami przegrywamy. Nie oznacza to, oczywiście, że czegoś nas to nauczyło, że beton w naszym umyśle się skruszył, że zyskaliśmy choć odrobinę pokory, patrząc zaś, jak szybko potrafimy wrócić do tej roli, można powiedzieć, że trudniej ją w sobie uśmiercić niż cokolwiek innego. Pozostaje jedynie pytanie, czy my tego w ogóle chcemy? Czy naprawdę jesteśmy gotowi w życiu na zmiany? Czy jesteśmy gotowi przestać walczyć, doprowadzać życie do skraju wycieńczenia. No właśnie, co tak naprawdę jest nas w stanie zawrócić z tej ścieżki? A może powinnam inaczej zadać pytanie, co Ciebie było dopiero w stanie zmienić, zawrócić, spowodować, byś przestał niszczyć siebie, swoje zdrowie, jakąś relację lub swoje życie?
To tak do przemyślenia na dziś. Miłego dnia kochani

2018-10-19

Piękno wewnętrzne

To, w czym oko widzi piękno, dusza widzi harmonię. I choć dla wielu z nas piękno to rzecz umowna, dla tego, który widzi, ciało jest czymś więcej, jest tylko zewnętrznym wyrazem wewnętrznej jedności z duszą. 

No dobrze, to tyle od strony duchowej. Zanim jednak dochodzimy do poziomu, na którym ową jedność jesteśmy w stanie uzewnętrznić bez żadnych zakłóceń, przechodzimy przez swoisty proces tworzenia substytutów piękna. I choć sami tego nie lubimy u innych, u siebie trudniej jest nam to zobaczyć i ocenić, ale u innych tak, jak najbardziej widzimy wszelkie niedoskonałości i przeróbki. Ale, żeby nie było tak, że tylko my kobiety u siebie nawzajem coś widzimy lub staramy się nie widzieć, by nie zazdrościć, między płciami wcale nie jest lepiej. Bowiem, co my, kobiety, nazywamy delikatnym upiększaniem, wy, panowie, potraficie nazwać tak dziwnie roboczo, tapetowaniem lub szpachlowaniem albo jeszcze gorzej, choć nazw mi teraz zabrakło. Ja tam nie mówię zaraz o operacjach plastycznych, bo i takie sposoby uzyskania piękna są powszechne, ale o drobnych zabiegach, by je ukazać, a lubimy je ukazywać, wy zresztą także. Wszak, każdy z nas jest wrażliwy na piękno, czyż nie? Mamy to przecież wpisane w genach. A jakąż nam to potrafi sprawić przyjemność, gdy patrzymy na piękno wyrażane zewnętrznie i wewnętrznie. I jakąż trudność, gdy nasze mniemanie o sobie, nie pokrywa się z naszym poczuciem własnej wartości, zaś temu, co wyrażamy na zewnątrz, jakoś tak daleko od tego, co byśmy chcieli wyrażać. A jeszcze inni nam to wytykają, my zresztą im także, ale to już inna sprawa, bo nam przecież wolno. My wszak tylko prawdę widzimy, nieprawdaż?!

Podsumowując, a może jednak nie będę podsumowywać, wszak wszyscy przecież jesteśmy piękni, na swój sposób, ale jednak. Jak nie wierzycie, zapytajcie fotografów, malarzy, pisarzy, poetów, oni wiedzą, jak je z was wydobyć. No…to skończyłam na dziś i idę sobie teraz strzelić tapetę;) Miłego dnia kochani. Z tapetą na buzi lub nie i tak was kocham.

2018-10-18