Galeria handlowa, godziny szczytu.


Staję przed jedną z witryn, zastanawiając się czy wejść, czy rzeczywiście w tym sklepie jest coś, co chciałabym kupić, gdy nagle obok staje jakieś małżeństwo z sześcioletnim chłopcem. 
- Mamo, już wypiłem sok, gdzie jest kosz? - pyta chłopiec.
Matka dyskutuje o czymś z mężem nie zwracając uwagi na dziecko. Gdy chłopiec ponawia pytanie, odtrąca go, jakby odganiała się od muchy i dalej rozmawia żywo z mężem. - Mamo, chcę wyrzucić tylko tę cholerną butelkę - mówi pełnym żalu głosem chłopiec.
- Kosz stoi tam - wskazuję chłopcu miejsce, gdzie ustawione są kosze na różne odpady i uśmiecham się do niego ciepło.
- W końcu ktoś mnie widzi - mruczy niezadowolony chłopiec i odrywa siłą rękę, z matki dłoni, by iść wyrzucić butelkę po napoju.
Przyglądałam się chwilę scenie, obserwując, jak chłopiec powraca do rodziców, zajmując grzecznie swoje miejsce i przyszła mi do głowy mała refleksja na temat tej sytuacji. Ile z tego, na co patrzymy rzeczywiście dostrzegamy? 
Budujemy naszą rzeczywistość z wybranych form, które nas w jakiś sposób zaciekawiły, ale, ile tak naprawdę z tego, z czego zbudowaliśmy swoje życie zauważamy?