Gdy trzeba zejść z piedestału


Przywiązanie do własnych przekonań potrafi zrujnować nie jedno życie i sprowadzić je do stanu, gdy pomiędzy rozumem, a potrzebą zaczyna toczyć się ciężki bój, w którym walka na argumenty potrafi zadać nie jeden bolesny cios. Niestety, im większą siłą dysponujemy dla argumentów chroniących przekonania, tym trudniej jest je obalić, bo dusza musi naprawdę mocno się nimi zmęczyć, aby w końcu zechciała je puścić. Co ciekawsze własne przekonania potrafimy czynić wręcz świętymi, stawiając je na piedestale i chroniąc przed jakąkolwiek możliwością ich obalenia. I nie ważne, że są przestarzałe, że ich słuszność można włożyć w kieszeń, dla nas są święte, jakby samo prawo do ich posiadania dawało nam jakiś rodzaj ochrony przed argumentami innych.

Jak myślisz, jak silna jest Twoja wieża przekonań, jak wiele z nich uświeciłeś w sobie i są nie do obalenia? Jak mało istnieje argumentów, które by cię przekonały do zmiany zdania?

Znasz siebie, wiesz jaki jesteś, wiesz przecież jak łatwo dajesz się przekonać i kiedy to się dzieje, przy jakiej argumentacji, a kiedy mur w Tobie jest nie do przebicie i nie ważne, jakich sam argumentów użyjesz i co zrobią inni, nie dasz sie przekonać i już!

Upartość własnej duszy bywa bardzo męcząca, szczególnie w chwili, gdy już dojrzewamy do tego, aby się jakiegoś przekonania pozbyć. Matko...jak ona potrafi się wtedy stawiać! Jak człowiek może żyć czasami sam ze sobą, to w głowę można zachodzić, skąd on bierze jeszcze na to siły? Uparty i przekorny, nie zrobi i nie pójdzie, choć wie, że to dla jego dobra. Bo nie i już! I tacy być potrafimy, a przykładów to nawet może lepiej nie podawać, bo aż wstyd, że własna dusza to potrafi. No, ale potrafi i żyć z tym trzeba, choć, jakby powiedział mój kolega...a co to za życie panie...

Co zatem zrobić, aby z tego wyjść i przywrócić w sobie równowagę?

Przekonania trzymamy po to, by chronić własne zdanie. Jakie by ono nie było, pozytywne czy negatywne, przekonanie sprawia, że staje się jakieś, nadajemy mu w ten sposób konkretne cechy stając po jednej lub po drugiej stronie. Trudno zaś nie mieć żadnego zdania, gdy liczy się osobowość. Jednakże, problem zaczyna się w chwili, gdy przekonanie zaczyna działać przeciwko nam samym, a chcemy je zmienić. Bo jak tu zmienić coś, w co wcześniej wkładaliśmy tyle energii, by to w sobie utrzymać i chronić przed argumentami innych. Trzeba by było wtedy uznać, że wcześniejsza praca była bez sensu, a to już jest dla wielu dusz poniżej ich godności i honoru. To by przecież źle świadczyło o nich samych i jeszcze musieliby przyznać rację tym, którzy argumentowali przeciwko ich przekonaniom wcześniej.

Jeśli potrafisz teraz dostrzec prawdę w powyższych słowach, jesteś już w domu.

Aby wyjść z przekonania, trzeba niestety prawdy, a ta wyzwoli, wybierając najboleśniejszą z dróg, bo obdziera skubana ze wszystkich argumentów i nie szczypie się, rzucając własną energią w oczy. Mogłaby omijać te oczy, bo człowiek tyle się namęczy z tym makijażem, a ta nie patrzy tylko wali po ślepiach. Nawet okulary nie pomagają, a człowiek nie wie już gdzie ma patrzeć, tak wszystko nagle zaczyna razić. Niestety, jest potrzebna i niech już sobie tam będzie bolesna, byle szybko ból ustąpił i wyzwolenie nastąpiło.

Najboleśniejsza prawda zawsze dotyka nas samych. Szczególnie, gdy mówi o nas samą prawdę. Ale to tam trzeba szukać pierwotnej przyczyny stworzenia przekonania i intencji, które go podtrzymują. Wstyd tylko to podtrzymuje, a prawda uderza najpierw we wstyd w duszy. I to jego obnażanie tak boli, bo jest ubrany w iluzję.

Umiejąc przyjąć prawdę, bardzo szybko poprowadzi Cię do wyzwolenia, jednak...no właśnie...najpierw może trzeba ją przyjąć, niż pytać, co później.