Inna perspektywa


Jakby popatrzeć na nas tak z innej perspektywy, to, w sumie, nie jesteśmy tacy źli, potrafimy docenić czyjeś poświęcenie. Potrafimy je zauważyć, podziękować za nie, a nawet się odwdzięczyć jakimś prezentem lub przysługą. To jednak druga strona, a co z nami? Czy potrafimy wyjść na chwilę ze swojej strefy komfortu i zrobić coś dla kogoś niespodziewanego? Czy potrafimy porzucić nasze stare przyzwyczajenia, by spróbować czegoś nowego? Niekoniecznie. 
Ktoś powie, to zależy, jak wartościowa wydaje się dla nas zmiana. Ktoś inny może dodać, a po co coś zmieniać, skoro jest dobrze tak, jak jest. I tak wygląda nasze życie. Przyzwyczajeni się do swojego komfortu, wypracowanej misternie przestrzeni, pełnej wspomnień, pełnej pamiątek, czasami nawet po byłych partnerach, nie zmieniamy w nim nic. Bo to przecież nasze życie, mówimy, nasza przeszłość, nasze wspomnienia. One nas definiują. Mówią o tym, kim się staliśmy, dzięki tamtym doświadczeniom. I dobrze. Tylko, mam pytanie, kiedy nasza przeszłość jest rzeczywiście postrzegana przez nas lekko, z poczuciem docenienia, a kiedy staje się więzieniem, z którego nie potrafimy się wydostać? Kiedy, tak naprawdę, nasze marzenia o szczęściu, o lepszej przyszłości, nie mają szansy się zrealizować, bo jak się okazuje, wciąż tkwimy w jakimś miejscu, pracy, w przeszłości, w jakimś układzie rodzinnym, w starym związku, a nawet, w pamięci poprzednich wcieleń. I to wciąż w nas żyje. I, jak się okazuje, ma się dobrze. A nam się wydaje, że jesteśmy tu i teraz. Nam się wydaje, że nasze życie jest poukładane i nagle wychodzi, że chcemy zrobić krok do przodu, a tu się nie da, bo do nogi poprzywiązywanych jest mnóstwo innych osób. Bo naobiecywaliśmy innym, że bez nich nie pójdziemy dalej, że nie zapomnimy o nich lub na nich poczekamy. 
Co się więc wtedy dzieje? Najczęściej nic, zostajemy w miejscu, z którego próbujemy ruszyć do przodu. Bo po co się pchać w nieznane? Źle nam jest tu, gdzie jesteśmy? Znamy tu przecież każdy kąt. A co by się okazało, gdybyśmy jednak zrobili ten krok? No właśnie. Nagle mogłoby się okazać, że nie mamy co zabrać w nowe miejsce, poza paniką i lękiem, czy sobie w nim poradzimy lub poza żalem, że w przeszłości zostanie ktoś, kto sobie bez nas nie poradzi, komu będzie smutno i przykro, że go opuszczamy. 
Naprawdę? Można wtedy zapytać. Naprawdę, te osoby, nie poradzą sobie bez nas? Aż tak je mocno od siebie uzależniliśmy? I nie chodzi wcale tak do końca o fizyczne zniknięcie. Czasami, by zrobić krok do przodu, trzeba jedynie odejść właśnie ze świata cudzych pragnień, wizji, przekonań, poglądów. Tak, tu też tkwimy uwięzieni.
Pomyślicie, jaki problem? I pewnie żaden. Tylko, popatrzcie proszę na siebie, swoje życie i powiedzcie, naprawdę czujecie się w sobie wolni? W swoich poglądach, relacjach? W swojej pracy, życiu?
Hm...jakże ciekawie potrafi nam się czasami wydawać.