Konflikt dusz


Spotykając na swej drodze drugą osobę, szczególnie taką, która nas w jakiś sposób pociąga, bardzo często decydujemy się na tworzenie z nią związku, ewentualnie na krótką przygodę miłosną lub na jakąś formę przyjaźni. Jednakże, bez względu na to, na jaki rodzaj relacji się zdecydujemy, relacja i tak przejdzie przez cały proces rozwoju, zaczynając od zaliczenia wszystkich stopni zatracenia się w emocjach, aż osiągnie stan równowagi, by dalej wznieść się na poziom akceptacji, harmonii, miłości, aż po pełną jedność.

To, gdzie znajdujesz się w swojej relacji, na jakim poziomie, jest bardzo ważne dla rozwoju Twojej świadomości. Wiedząc, bowiem, co znajduje się przed Tobą, możesz nią pokierować bardzo świadomie, wpływając na przemianę drugiej strony tak, by ona wpływała i na Twoją przemianę.

Świadome kierowanie rozwojem relacji nie jest trudne, o ile nie zatracimy się w emocjach i nie stracimy pełnej świadomości siebie, ale nawet i wtedy możliwym jest, by pchnąć daną relację dalej, wprowadzając do niej np. trzecią osobę, która pomoże dwóm stronom się zrównoważyć, spojrzy na to, co się dzieje w relacji trzeźwym okiem, podpowie, co jest nie tak. Nie oznacza to, że ją od razu posłuchamy. Zazwyczaj nie lubimy, gdy nam się ktoś wpycha do relacji, bo lubimy sami decydować, a poza tym, to my mamy najczęściej rację i co, jeśli ta trzecia osoba (nazwijmy ją przyjacielem lub terapeutą) wskaże na nasz błąd myślenia? Jednakże, nawet i w takiej sytuacji lubimy zwrócić się do kogoś nam bliskiego, by mu się choćby wyżalić, opowiedzieć, jak to jesteśmy mało zrozumiani przez tę drugą stronę, jak to my się staramy, a ta druga strona ni w ząb, niczego nie chce zrozumieć. A w dodatku się stawia i nie przejawia żadnej chęci do podporządkowania naszej wizji jej samej, choć w naszym mniemaniu chcemy dla niej jak najlepiej.

Ciężko jest zmieniać nasze otoczenie, nie mówiąc o jego przekonaniach. Jeszcze ciężej jest mieć absolutną rację, szczególnie wobec tej drugiej strony, a już tragedią jest, gdy ta druga strona też ma absolutną rację, a przynajmniej tak mówi. Dogadanie się dwóch stron, które uważają, że mają absolutną rację wydaje się być często niemożliwe, dlatego i one często oddają sprawę osobie trzeciej, w ekstremalnych sytuacjach kończąc w sądzie lub wyznaczają taką rolę w swoim otoczeniu i chcą, by ta osoba ich rozsądziła. Przy czym, każda ze stron chce werdyktu zgodnego z jej przekonaniami, o absolutności swoich racji.

Graliście już kiedyś taką rolę? Sędziów, w konflikcie swoich bliskich, znajomych. Jeśli graliście, to doskonale wiecie, jak trudno jest pogodzić dwie strony, szczególnie, gdy dwie strony wcale nie chcą zgody a wojny. Pozwolić im wtedy walczyć? Czasami to jedyne wyjście, choć, jeśli macie jakiś wpływ na jedną ze stron, wasz rozsądek może zadziałać, jak uzdrowienie. Wystarczy zmienić jedną stronę, pomóc jej zrozumieć jej błąd myślenia, by ta wycofała się z walki. Można zmienić też dwie strony, jeśli macie na nie wpływ z osobna. Wymagać to jednak będzie dużych umiejętności i wysiłku woli, a i tak druga strona postąpi, jak zechce. Najlepiej było by się, oczywiście, nie angażować w konflikt dwóch stron, co bywa trudną sztuką, bowiem taką mamy naturę, lubimy siłować się z innymi, lubimy godzić, lubimy stać pomiędzy, dlaczego, bo to równie dobra okazja do sprawdzenia swojej własnej woli i mocy, jak każda inna, a gdzie mamy ją sprawdzać, jeśli nie poprzez dziejące się sytuacje lub konflikty.

Gdy nasze zaangażowanie w konflikt słabnie, słabnie też zapotrzebowanie na pomoc sędziego, choć niekoniecznie w jego oczach i ten może jeszcze chcieć konflikt podsycać, by mieć co sędziować. To jednak w ekstremalnych sytuacjach. Najczęściej sędzia oddycha z ulgą, choć taka rola zawsze domaga się wydania werdyktu, choćby w myślach, ale jednak.

Jeśli byliście kiedyś zaangażowani w czyjś konflikt, zdarzyło wam się pewnie ocenić dwie strony lub jedną. Choćby poprzez stwierdzenie, ale idioci, po co oni walczą? Nie mogliby się pogodzić? Jeśli tak, no to brawo, właśnie wydaliście werdykt.

Ciekawie jest też wtedy, gdy sami jesteśmy zaangażowani w konflikt i jeszcze bawimy się w sędziego. Ileż to razy skazujemy drugą stronę, w naszych myślach lub słowach na banicję, wieczne potępienie, upadek, wygnanie z raju (naszej strefy wpływu), bo przecież to najcięższa kara, gdy druga strona straciłaby dostęp do naszych uczuć, światła, cudowności. Niech cierpi, niech widzi, co straciła. Co nie oznacza, że druga stronie nie myśli podobnie. Jeśli nas odpycha, wydaje właśnie werdykt, odsuwa nas od siebie, skazuje na życie bez dostępu do swojej cudownej energii, swojej miłości. Ależ wtedy może zrodzić się bunt, walka zaś przybrać wręcz mityczną postać. Najlepiej widać ją w obrazie naszego majestatu. Ten zaś może się obrazić, że oj. No bo, jak to, ktoś może nie chcieć naszej cudowności? A to boli najmocniej, przekonanie, że dajemy coś wspaniałego od siebie, a druga strona nie chce. Że dajemy siebie, swoje uczucie, a druga strona woli coś gorszego. Woli się stoczyć, jeść frytki zamiast wykwintnego dania. Woli zwykłe, dosładzane wino od naszej wytrawności, dojrzałości smaku.  I jak tu żyć, gdy nasz majestat został tak mocno zdeptany?

Tu was zostawię. Nie wyciągnę wniosków, bo wszyscy już je pewnie dawno wyciągnęliście.

Angażować się, czy nie angażować? A może lepiej być obok, neutralnym, do jednej strony się uśmiechać, do drugiej też i żyć swoim życiem, wybór zostawiam wam, sami przecież widzicie, w którym znajdujecie się miejscu.

To tak, do przemyślenia.