Nieidealna perfekcyjność


Tak jak otoczenie lubi projektować na nas swoje oczekiwania, tak i my lubimy je projektować na swoich bliskich i otoczenie. Co ciekawsze, lubimy je projektować także na siebie, oczekując lub wymagając od siebie często więcej niż od innych.

Gdy tak się dzieje, a dzieje się tak bardzo często, dochodzi najczęściej do konfliktu z naszym otoczeniem lub w nas samych. Nikt przecież nie lubi, gdy wymaga się od nas, byśmy stali, jak nam każą, siedzieli, jak nam każą, mówili, jak nam każą, robili wszystko pod dyktando innych, co w naszym wyobrażeniu staje się stanem zniewolenia. Mniej się buntujemy, gdy sami nakładamy na siebie taki reżim, wymagając od siebie idealności. Bo jak tu się pokazać innym, gdy wszyscy preferują, by pokazywać doskonałą twarz po przebudzeniu, idealnie ułożone włosy, brak zmęczenia na twarzy, wieczny uśmiech, a człowiek patrzy rano w lustro i ma ochotę wrzasnąć ze strachu, tak to się rozczochrało coś na głowie.

Idealność stała się wręcz plagą naszych czasów, bowiem, nowoczesna kobieta zawsze musi być fit. Zawsze jest idealnie ubrana, modna, zadbana, szczupła, nie ma problemów w domu, który jest zawsze piękny i posprzątany, nie ma problemów z dziećmi, mężem, seksem, w pracy wiedzie jej się wręcz znakomicie, nigdy się nie męczy, zawsze ma czas dla siebie, na sport, który uprawia regularnie i na spotkania z przyjaciółmi i ma się wrażenie, że taka kobieta wręcz nie śpi. To by przynajmniej tłumaczyło, skąd idealne włosy po przebudzeniu i idealny makijaż.

A dlaczego tak jest? Bo sami sobie stworzyliśmy model idealności i jeśli nasze życie tak właśnie nie wygląda, to oznacza, że coś jest z nami nie tak. Dlatego, pędząc czasami na złamanie karku, staramy się zdążyć do restauracji, gdzie czeka na nas zmęczona i przepracowana przyjaciółka, pijemy którąś z kolei kawę, by dać sobie choć odrobinę odprężenia, z przerażeniem myśląc o powrocie do domu, gdzie czeka stadko dzieci( dwoje wystarczy, by już był tłum), do tego pies, każde z masą własnych problemów, które trzeba za nie rozwiązać, pomóc w lekcjach, podać jeść i mieć jeszcze czas na poczytanie książki, seks i ułożenie fryzury do łóżka, by przetrwała do rana i makijaż…uf…zapomniałabym o makijażu, a przecież mąż nie może mnie rano bez niego zobaczyć.

A co by się stało, gdybyśmy przyznali, że nasze życie nie jest idealne? Gdybym powiedziała, że dzieci mi marudzą, pies miałczy, mąż patrzy któryś tydzień na śrubkę, którą trzeba przykręcić i zbiera siły, że budzę się rano i gniazdo na głowie trzyma się całkiem nieźle, że bywam zmęczona, że czasami nie chce mi się poodkurzać. Naprawdę wszystko musi być takie idealne? A może to tylko kwestia dystansu, do siebie, do świata, do swoich bliskich. Może ta idealność tkwi tylko w mojej głowie, a kanał, gdzie perfekcyjna pani domu, sprawdza kurz w białych rękawiczkach zwyczajnie przełączyć, a najlepiej wyłączyć telewizor i pójść sobie na spacer.

Równowaga. I jak często mówią, umiar. Nieidealność też jest fajna, też bywa twórcza, też można się w niej odnaleźć i to nawet lepiej niż w idealności, która skrywa się w bardzo sztywnych ramach. Nie oznacza to, że usiądę na stercie śmieci i powiem, akceptuje bałagan. Ważnym jest, by zachować umiar, by samemu określić, czy tego właśnie chcę, by postrzegano mnie, jako kogoś idealnego, wiecznie gotowego do działania, czy ustawię się pośrodku, pomiędzy idealnością i nieidealnością, zwyczajnie ciesząc się każdym dniem, obcowaniem nawet z własnym zmęczeniem, przeżywając zwykłą codzienność, jako coś naturalnego. Życie miewa różne odcienie, kolory. Warto zauważać je wszystkie.