Niezaspokojone potrzeby uczuć


Wydawać by się mogło, że temat związków został już wyczerpany, patrząc na to, jak wiele zostało na ten temat napisane, jak dużo filmów powstało o miłości, zdradzie, zwykłych problemach lub prozie życia, jednakże, jak doskonale wiecie temat ten wciąż ewoluuje, choć przyczyny zawsze pozostają te same.

Wzajemne niezrozumienie.

Chęć kontrolowania siebie nawzajem.

Chęć dominacji.

Chęć ukazania sobie nawzajem prawdziwego oblicza.

Niezałatwione problemy z własnego dzieciństwa.

Brak chęci okazywania uczuć.

Lęki.

Przyzwyczajenia.

Nawyki i szereg innych cech lub przekonań, które sprawiają, iż zamiast szukać rozwiązania jedynie utwierdzamy się w swoich poglądach na temat własnej roli w związku lub naszego partnera. Patrząc na własny związek, jak i na związku ludzi, których poznałam w ciągu życia, mogłabym wręcz rzec, że ile związków, tyle problemów i wizji tego, jak powinien doskonały związek wyglądać. Co ciekawsze, sama także miałam wizję doskonałego związku i tego, w jakich okolicznościach czułabym się szczęśliwa, dodając zawsze w myślach. - Gdyby partner… - I tu się zatrzymywałam. No właśnie, gdyby co? I dlaczego akurat partner, a nie ja?

Lista, którą potrafiłam stworzyć w głowie była naprawdę długa i wszystko w zasadzie musiał zrobić i dać mi partner. - Czyżbym już sama nie potrafiła poczuć się szczęśliwa? – myślałam sobie. – Zatem, co jest ze mną nie tak, skoro moje szczęście uzależniłam, w aż tak dużym stopniu od innych. Czy, ja kiedykolwiek używałam rozumu w tym względzie?

W chwili, gdy odkryłam podstawowy błąd mojego rozumowania, coś we mnie zafalowało. Jakiejś części mnie zwyczajnie nie spodobały się słowa, które wypowiadałam do siebie w myślach. Odczucie buntu stało się aż nadto wyraźnie odczuwalne, o czym staram się napisać w bardzo delikatny sposób, w efekcie wyglądało to jednak tak, iż najpierw rozryczałam się, ukazując całe spektrum mojego nieszczęścia, po czym zaczęłam histeryzować, jęczeć, narzekać i tłumaczyć się, że przecież jestem taka słodka, niewinna i biedna niunia i ktoś powinien mnie KOCHAĆ! Podkreślając przynajmniej kilka razy słowo POWINIEN.

Bo dlaczego nie?

Przecież ja się nadaję do kochania MNIE, nadaję się do tego, by ktoś chciał o mnie zadbać, pieścić, tulić – krzyczało coś we mnie, co wcześniej odstawiło cały histeryczny cyrk. – Przecież na to zasługuję…nieprawdaż?

No tak, moja mała księżniczka, moja mała dziewczynka, która nigdy we mnie nie dorosła, wciąż pragnąc, by jej potrzeby tulenia i kochania zostały zaspokojone. Tyle, że ja nie jestem już małą dziewczynką, a dorosłą kobietą – odpowiadałam samej sobie. - Swoje potrzeby potrafię zaspakajać sama.

I tu powinnam się zatrzymać, bowiem, w tamtej chwili, gdy dotarło do mnie, iż mam w sobie wiele ról z niezaspokojoną potrzebą czułości, dostrzegłam, jak bardzo mocno role te dobijały się we mnie, wciągu mojego życia żądając, bym nie zapomniała i o ich potrzebach, co znów sprawiało, że zamiast skupić się na kształtowaniu świadomości odczuwania w sobie danej energii, wolałam otrzymywać ją od innych, ustawiając się w roli małej sierotki, która wciąż chce, by ją ktoś przytulił.

Czy ja mogę dać sobie to czego oczekuję, by dali mi inni?

Jak najbardziej. – Tłumaczyłam sama sobie. – Przecież wiele razy czułam miłość, szczęście, niezależnie od innych ludzi. Tylko, nigdy mi nie przyszło do głowy, iż mogę ten stan tworzyć również i w tedy, gdy jestem z innymi. Wydawało mi się wręcz, że stan szczęścia, który odczuwam będąc sama jest czymś niestosownym, czego nie mogę okazać przy innych, by nie usłyszeć, że coś ze mną nie tak. Dodatkowo, pojawiał się lęk, iż, skoro jestem taka szczęśliwa, w chwilach, gdy tego szczęścia zabraknie, nikt mnie nie będzie chciał z zazdrości pocieszyć, bo przecież potrafię być szczęśliwa, to o co mi zatem chodzi?

Tu już moja świadomość, przynajmniej w tamtym czasie nie sięgała, nie przyszło mi w żadnej chwili do głowy, że skoro potrafię przeżywać chwile szczęścia, mogę je tworzyć w każdej chwili mojego życia i czuć szczęście niezależnie od tego, co się w nim dzieje.

Tylko…czy ja mogę być szczęśliwa, gdy przeżywam w danej chwili jakieś emocje?

Oczywiście. Wystarczy zmienić trochę spojrzenie na to, co się dzieje i nie traktować tego, jak nieszczęście, a bardziej jak możliwość dokonania w sobie kolejnej przemiany.

Zobaczcie, mała zmiana myślenia, a dusza od razu się uspokaja. Podąża za naszą uwagą, co oznacza, że naszym zadaniem jedynie jest skupić tę uwagę na właściwym myśleniu, by nastąpiła w nas zmiana, co od razu przełoży się na nasze relacje i życie.

Tu pozostaje jedynie problemem to, iż często nie wiemy, co mamy zmienić na co. Nie wiemy, które myślenie jest prawidłowe, jakie przyniesie nam rezultaty. Nie wiemy też, jak mamy do siebie przemawiać, jakim tonem, co sobie mówić i w jaki sposób poprowadzić samych siebie do zrozumienia. Tu tkwi podstawowy problem. My nie wiemy, co jest dla nas dobre ani, czego tak naprawdę chcemy.

Owszem, mamy jakąś wizję swojego życia, związku, ale najczęściej taką, którą właśnie trzeba zmienić, my zaś żyjemy w przekonaniu, iż tak, to powinno wyglądać, a później zdziwieni patrzymy na naszego partnera zastanawiając się, co ja w ogóle robię w tej relacji, z tym człowiekiem? Kim on jest? Po co mi to wszystko było? Czy ja byłam ślepa, gdy go wybierałam?

Nie, nie byłyśmy ślepe, wiedziałyśmy, czego potrzebujemy wewnętrznie i pod to dobierałyśmy sobie partnera, tylko, pytanie, co w nas tak naprawdę o tym zadecydowało, bo na pewno nie nasza świadoma część. To jest do rozszyfrowania. Tu każda z nas musi się zatrzymać i spojrzeć na chwilę swojego wyboru. Jeśli macie z tym problem, uznając, że byłyście jedynie zakochane, wiedzcie, że to niczego nie tłumaczy. Jeśli macie z tym naprawdę problem, popatrzcie zatem na to, co działo się później. Jakie role od razu zaczęłyście grać dla swojego partnera. One wam dadzą idealną odpowiedź. Jeśli poszukacie też przyczyny, dla której je grałyście (panów także się to dotyczy), zrozumiecie, które potrzeby były w was niezaspokojone od dawna, i które potrzeby chcieliście zaspokoić jako pierwsze, mniej lub bardziej świadomie, ale jednak.

Coś, co pozostaje we mnie niezaspokojone od dawna, zawsze będzie się pchało na plan pierwszy, bym w końcu tę potrzebę zaspokoiła. Jeśli jest to potrzeba miłości rodzicielskiej, której nie otrzymywałam w okresie dzieciństwa, od razu przybiorę rolę dziecka, tuląc się do partnera, by ten głód mieć w końcu zaspokojony. Podobnie będzie i z innym głodem. Będę szukała zaspokojenia w partnerze, choć tak naprawdę nie ma on nic wspólnego z tym, że ktoś mnie w dzieciństwie nie przytulał. Partner nie musi o tym wiedzieć i nie musi mi tego głodu zaspakajać. Tylko, wytłumaczcie to swojemu niezaspokojonemu wewnętrznie dziecku. Od razu zareaguje histerycznie, od razu poczuje się nieszczęśliwie, zaś głód, który go trawi od dawna znów nie znajdzie zaspokojenia. Można dostać frustracji? Pewnie, że można i najczęściej bywa tak, że tej frustracji dostajemy, obrażając się na naszego partnera, zamykając w sobie, płacząc, krzycząc, nie wiedząc nawet, o co nam właściwie chodzi?

Co się zmienia zatem, jeśli nauczymy się zaspakajać nasze emocjonalne, mentalne i uczuciowe potrzeby? Cóż, nie trzeba sięgać daleko wyobraźnią, zwyczajnie poczujemy się szczęśliwsi. Pozostaje jedynie kwestią, gdzie i jak się tego nauczyć, ale o tym już innym razem.