O wstydzie, co z piedestału zejść nie chciał


Wielkim wstydem dusza okryć się może, gdy mądrość swą przecenia ponad innych i złość ku sobie samej kierując wmawia sobie, że jej nie wypadało błędu popełnić, bo owszem, rozumie, że inni mogą głupotę czynić, ale nie ONA.

Wymagania, która sami sobie stawiamy, jednocześnie stawiają nas w miejscu, gdzie na błąd pozostawiamy minimalny margines, a czasami nawet i tej przestrzeni nie tworzymy, co znów tworzy w nas świat przekonań, że tacy mądrzy, tak bystrzy, tak wielcy duchowo a tacy jak inni się stajemy, tym samym namiętnościom podlegamy, te same kierują nami niskie instynkty, popęd.

Duszy, przyzwyczajonej do swych wyżyn, trudno jest pojąć, jaki cudem ONA, tak cudowna, tak wielka musi iść ścieżką prostych ludzi, przyjmować zwierzęce instynkty, w ciele jakimś doświadczać i czekać na każdą rzecz, aż swój czas dojrzewania osiągnie, by się jej pełną wartością cieszyć. Wszak jej świetlistość do tego właśnie najmniej ją przygotowała i do oczekiwania nienawykła, drogę sobie próbuje przyśpieszać, rozwijając przy okazji bystrość i zmysł kombinowania, często ponad miarę go wykorzystując, robi wszystko, by boczne drzwi do spełnienia znaleźć.

Inne znów dusze w stan obrażenia popadają, niczego nie chcą robić, bo wszystko, co ludzkie urąga ich duchowej i pochodzeniowej godności. No bo jak to, ONE mają zwykłymi sprawami się zajmować, toż to ujmę na honorze im przynosi. One, w swym mniemaniu tylko do wielkich czynów są stworzone i zwykłych rzeczy na Ziemi czynić nie zamierzają, ze zwykłymi duszami ludzi mieszać się nie będą, a już na pewno nie przyjmą od nich pomocy i nie uznają, że jakaś im dorównuje. Żyją więc na uboczu, wciąż bacząc na to, by ktoś się do nich zbytnio nie zbliżył i nic, im z ich wielkości nie ujął. A nie daj boże, nie zwrócił uwagi, że dostrzegł w nich jakąś skazę, co stawia od razu duszę w równości z tymi, którymi tak zawzięcie gardzi.

Wstyd własnego, duchowego pochodzenia potrafi mocno odcisnąć się na rozwoju duszy sprawiając, że ta żyje wciąż się wstydząc, że stała się kimś zwykłym, a przecież pamięta o swej duchowej niezwykłości, której nijak z rzeczywistością nie potrafi pogodzić. Robi więc rzeczy, w jej mniemaniu niezwykłe, bo tylko te jej przypominają o tym, jak wielką chwałą, kiedyś poszczycić się mogła, a teraz...w prostym ciele, ba, żeby tam jeszcze prostym, wadliwym i chorowitym dodatkowo, niczym się nie odróżniającym od innych ciał, a czasami nawet gorszym w swym odczuciu przebywać musi.

Biedną się czuje dusza, która żadnej mocy przejawić nie może, aż dławiąc się z bezsilności, gdy mierzy się z czymś, co nastręcza jej najwięcej trudności. A przecież to JEJ dotyczy, nie kogoś zwykłego, a jej, duszy, której pstryknąć wystarczy, a rzeczy same dziać się powinny. Czemuś się wiec nie dzieją? Zrozumieć to jej najtrudniej, czemuż żadna z jej myśli od razu w materii istnienia swego nie objawia, dlaczego na wszystko jak inni musi czekać?

Zrozumienie wobec tempa, w którym rzeczy dzieją się na Ziemi duszy ,,wyjątkowej" przychodzi najtrudniej, bo nie rozumie, że to tempo nie tylko odnosi się do przyrody ale i do niej samej. A ona na karb złego losu to zrzuca myśląc, że została czymś ukarana. Inne w złość wpadają, że słowo tylko powiedzieć powinny, a skutek natychmiast moc swą powinien objawić, najlepiej cud czyniąc.

I wiedzie swój żywot dusza ,,wyjątkowa", wstydem wciąż nowe szaty zdobiąc, bo z czasem to nic jej już nie wypada robić, by hańbą człowieczego życia już zupełnie się nie okryć. A gdy podejmuje działania, stara się biedna jak może, by dzieło choć w części jej wielkość odzwierciedlało, bo jakże tak, jak inni, proste rzeczy miałaby czynić, niech choć to ją wyróżnia.

A czas i tak biegnie swoim torem, na duszę uwagi już nikt nie zwraca, wielkości jej dostrzec nie można, choć w niej samej wciąż wielkość piedestał buduje, ale tylko ona dostrzec go może, jak i ona jedyna, w ruinę może go obrócić i w końcu wyzwolona, radością się nasycić, prostemu życiu poddać i posmakować go, rozkosz prostoty wdychając...ale czy zechcesz?