Pierwszy fragment powieści


– Aniu, ocknij się..., słyszysz mnie?
Ktoś pochyla się nade mną i bardzo ostrożnie przekręca

mnie na plecy, cały czas do mnie przemawiając. Wyczuwam delikatne, męskie perfumy, a także zapach ... Hm, co to jest za zapach? Pamiętam go, ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie się z nim zetknęłam. Wydaje się być bardzo znajomy i męski. Otwieram na chwilę oczy i staram się dostrzec twarz, pochylającej się nade mną postaci, ale jest zbyt ciemno i nie wi- dzę jej w ciemności. Czuję się odrętwiała i sparaliżowana. Chcę ruszyć ręką, ale nie mogę. Wszystko mnie boli. Mam ochotę uciec od tego bólu.

– Aniu, no już, słyszysz mnie? – Uśmiecham się blado do postaci, która pochyla się nade mną, ale kosztuje mnie to zbyt wiele wysiłku, więc znów zamykam oczy, aby odpłynąć w błogą nieświadomość.

– Anka! Do jasnej cholery, nie zasypiaj, ocknij się! Ania! – głos staje się bardzo niecierpliwy i lekko przerażony. Odnoszę wrażenie, że czasami jest bardzo blisko mnie, a czasami odpły- wa gdzieś, gdzie ledwie go słyszę. Robi mi się zimno, bardzo zimno.

– Tomek, przytrzymaj jej głowę.
Ktoś unosi delikatnie moją głowę, układając ją na czymś

miękkim. Czuję zapach lasu, cudowny zapach, który przy- pomina mi dzieciństwo, gdy jeździłam z mamą na jagody. Odpływam na chwilę do wspomnień... Wydaje mi się, że bie- gnę ze śmiechem przez las. Wokół panuje cisza, a ja śmieję się w głos. Mama uspokaja mnie, mówiąc, że w lesie trzeba zacho- wać ciszę. Przystaję zdziwiona. – Dlaczego? – pytam mamę. – Bo spłoszysz zwierzęta – mama kładzie dłoń na mojej głowie i delikatnie gładzi mnie po włosach. Tak jak teraz.

– Mocno krwawi. Uciskaj to miejsce.

– Wezwijcie karetkę!
Gdzieś obok mnie słyszę wiele głosów, a po chwili warkot

oddalającego się motocykla. Lubię ten dźwięk, lubię motocykle – przemyka mi przez głowę myśl.

– Ania! No już, nie zasypiaj. Zaraz przyjedzie karetka. – Mam ochotę wtulić się w dłoń, która przytrzymuje moją głowę i odpłynąć w sen, ale czuję, że coś jest nie tak z moim ciałem. Odbieram bodźce, ale nie mam nad nim panowania.

– Co z tym gościem? – czyjś zdecydowany głos odzywa się tuż obok mnie.

Słyszę go wyraźnie, ale nie mogę sobie przypomnieć, skąd go znam. Wiem jednak, że jest mi znajomy.

– Nic mu nie jest. Coś tylko bełkocze – odpowiada ktoś z oddali.

– Ania! – Ktoś pochyla się nade mną. – Tomek, ona traci przytomność!

– Odsuń się.

– Anka, błagam, nie umieraj! – Ktoś głaszcze mnie po twa- rzy, starając się jednocześnie otulać mnie czymś ciepłym, pach- nącym skórą, benzyną i czymś jeszcze, nie wiem, czym. Znów ten znajomy zapach.

– Zrób coś, ona odjeżdża.
– Przecież robię. Uciskaj w tym miejscu! – Facet odsuń się, dość już namieszałeś.

Czuję jak czyjaś ciepła dłoń delikatnie dotyka mojego ramie- nia.

– Aniu.... – Ktoś pochyla się nade mną i zaczyna mnie mdlić od zapachu silnych, męskich perfum.

Znam ten zapach. O Boże, znam go! Gdzieś w głowie odzy- wa się alarm: Uciekaj! Uciekaj od niego, jak najdalej. Zaczynam szarpać się sama ze sobą, próbując uciec z tego miejsca. Nie chcę tu być! Nie chcę, by on tu był! – niestety, moje ciało zupełnie nie reaguje na moje polecenia.

– Proszę, pomóżcie jej.
Próbuję wstać, ale nie czuję, by moje ciało mnie słuchało.

Chcę skryć się w najdalszym kącie, aby uciec od tego głosu. Bronię się przed tym, by go słyszeć. Nie chcę go słyszeć. Nie dotykaj mnie. Proszę. Nie rób mi krzywdy – zaczynam cicho kwilić, broniąc się przed ogarniającym mnie, paraliżującym we- wnętrznie, strachem.

– Błagam, ona musi żyć. Aniu! – Ujmuje moją dłoń i przyci- ska do swoich ust.

– Odsuńcie go.
W oddali zaczynam słyszeć zbliżający się sygnał karetki.

Jestem zmęczona, bardzo zmęczona, chcę spać. Proszę, pozwól- cie mi zasnąć. Zmęczenie jest tak ogromne, że nie mam siły z nim walczyć.

– Aniu! Błagam. Zrobię, co zechcesz, tylko nie umieraj. Proszę, słoneczko... zrób to dla mnie. Nie umieraj. Wytrzymaj... Ciemność wokół mnie rozpływa się, wypełniona czerwo- no-niebieskimi światłami migających lamp. Już nie słyszę tam- tych głosów. Teraz są inne. Nikt już nie przemawia do mnie troskliwie. Moim ciałem wstrząsa silny dreszcz i czuję, jak coś zaczyna uciskać moją klatkę piersiową. Walczę ze zmęczeniem, które powoli ogarnia moje ciało. Obrazy znikają i pojawiają się na nowo, jak kolejne ujęcia filmu. Za każdym razem, gdy wyda- je mi się, że otwieram oczy, widzę inny obraz. Raz jest ciemno, raz jasno. Dostrzegam czyjeś twarze i mam ochotę się do tych ludzi uśmiechnąć, ale oni nie odwzajemniają mojego uśmiechu. Są wystraszeni i coś krzyczą. Dlaczego oni krzyczą? Próbuję się skupić, ale mam z tym problem. Ogarnia mnie coraz większa senność. Już nie jestem w stanie z nią walczyć. Wydaje mi się,

że zamykam oczy i odpływam w sen. Spokój...

Otula mnie ciemność, która kołysze mnie delikatnie do snu, niczym matka swoje dziecko. Układam się w niej wygodnie i odpływam w jakiś rodzaj marzeń. Obrazy zmieniają się, są niewyraźne, nie potrafię skupić się na żadnym z nich. Czuję, że ciemność ściąga mnie gdzieś dalej, odsuwając od czegoś, ale nie potrafię sobie przypomnieć, od czego. Po chwili obraz się zmienia, a ciemność zaczyna przybierać jaśniejsze barwy, jak- by wstawał świt. Odnoszę wrażenie, że czuję również zapach świeżo skoszonej trawy. Wiem, gdzie jestem. Pomimo tego, iż nie widzę obrazu, mam poczucie, że wiem, gdzie jestem. To plaża, na którą przychodzę niemalże codziennie, by robić zdję- cia łabędziom. Rozglądam się na boki i tuż obok mnie dostrze- gam Kubę, który stoi bardzo blisko i rozkłada swoje piękne skrzydła, jakby chciał mnie przed czymś ochronić. Nie wiem, o co chodzi, bo nie dostrzegam zagrożenia, ale on coś wy- czuwa. Unosi skrzydła bardzo wysoko, wydając z siebie gło- śny syk. Po chwili uspokaja się i opuszcza je. Powoli wchodzi do wody i zaczyna płynąć. Nie odpływa jednak daleko. Kilka metrów od brzegu zatrzymuje się i odwraca, jakby zachę- cał mnie, abym za nim poszła. Idę za nim, starając się nadą- żyć ścieżką, która wydaje mi się bardzo znajoma, a jednak jest w niej coś innego. Nie wiem, co, ale wyczuwam bardzo wyraź- nie, że nastąpiła w niej jakaś zmiana.

Na mojej ścieżce z każdego miejsca doskonale widać było je- zioro. Teraz jest inaczej. Rośnie tu więcej drzew, które zasłaniają brzeg jeziora. Przyśpieszam, mając nadzieję, że za chwilę wyjdę na otwartą przestrzeń i znów ujrzę moje łabędzie sunące spo- kojnie po tafli jeziora. Ale coś jest nie tak, ta ścieżka nie prowa- dzi mnie tak jak zwykle. Jakiś wewnętrzny głos ostrzega mnie, abym zawróciła. Ale ja chcę dotrzeć do brzegu jeziora. Muszę tam się znaleźć. Nie wiem, dlaczego, ale muszę. To moja jedyna szansa, by wrócić.

Ta myśl, zatrzymuje mnie nagle w miejscu. Wrócić. Musisz wrócić. Nie wiem, skąd się wzięła, ale zaczyna wywoływać we mnie coraz silniejsze pragnienie powrotu. Tylko, gdzie ja mam wrócić? Czuję się zagubiona, jakbym utknęła gdzieś w mroku. Zauważam, że nagle wokół mnie również robi się ciemniej, jakby otoczenie reagowało na moje myśli.

Przyśpieszam, mając nadzieję, że za chwilę wyjdę z tej mrocznej przestrzeni i znajdę się na polanie. Po chwili przystaję i zaczynam rozglądać się w poszukiwaniu linii jeziora. Niestety, nie dostrzegam jej. Brzeg wydaje się niknąć gdzieś za kurtyną drzew. Nie wiem, co się dzieje? Ścieżka, którą tyle razy podą- żałam, zaczyna gdzieś zbaczać, oddalać się od brzegu. Coś jest nie tak, czuję to całą sobą. Wpadam w panikę i chcę zawrócić, ale coś każe mi iść dalej. Nie wiem, co to jest, jakiś wewnętrzny głos, który wskazuje mi drogę, czyniąc ją bardzo pewną.

Nagle coś do mnie dociera. Z początku wydaje się bardzo ciche i muszę mocno wytężyć słuch, aby to usłyszeć. To pieśń płynąca gdzieś z oddali. Jest bardzo piękna i smutna zarazem. Jej dźwięk z każdym moim krokiem staje się coraz wyraźniej- szy. Przyśpieszam, chcąc jak najszybciej odkryć, skąd dobie- ga, ale im bardziej się do niej zbliżam, tym bardziej się oddala. Popadam w zwątpienie i znów przystaję, a gdy to robię, pieśń znów staje się bardzo wyraźna, jakby ktoś śpiewał ją tuż obok mnie.

Rozglądam się na boki i choć niczego nie mogę dostrzec, wiem, że jej źródło znajduje się tuż obok. Zaczynam kręcić się w kółko, próbując coś dostrzec w otaczających mnie ciemno- ściach. Drzewa już dawno zlały się w jedną masę i odnoszę wra- żenie, że oplotły mnie, nie pozwalając mi wyjść z tego miejsca. Jakby chciały zatrzymać mnie tu na zawsze. Zaczyna zalewać mnie fala smutku i żalu. Jakaś silna tęsknota przywołuje mnie do miejsca, w które tak często przychodziłam. Nie jest jednak moja. Odnoszę wrażenie, że ten ktoś za mną tęskni. Znam tego kogoś, ale nie jest to postać z mojej teraźniejszości. Nie mam po- jęcia, skąd to wiem, po prostu wiem.

Nagle mrok się rozjaśnia i zaczynam dostrzegać prześwit między drzewami. Podążam tam bez chwili zastanowienia, chcąc jak najszybciej uwolnić się z ciemności, otaczających mnie ciasno drzew, które uwięziły mnie na moment w swoim świe- cie. Wychodzę na polanę i zaczynam mrużyć oczy, odwykłe od tak intensywnego światła. Nie wiem, jakim cudem dotarłam do końca cypla. Odczuwam jednak spokój płynący z rozpozna- nia znajomego miejsca. Chwilę trwa, zanim przyzwyczajam się do światła, które zalewa polanę, ale jest ono tak uspokajające, że pozwalam mu, by napełniło mnie swymi ciepłymi promie- niami.

Na brzegu jeziora zauważam młodą dziewczynę. Podchodzę bliżej, ale ona wydaje się mnie nie widzieć. Zapatrzona gdzieś w dal jeziora śpiewa dalej swoją rzewną pieśń. Przy sobie ma pęk kwiatów, które splata w wieniec, który puszcza na wodę. Przez chwilę słucham jej śpiewu, bojąc się ją spłoszyć. Jej dłu- gie do pasa włosy spływają swobodnie, układając się miękko w fale. Mam ochotę odezwać się i zapytać, kim jest, ale nie mam odwagi. Dziewczyna sięga po kolejne kwiaty i znów zaczy- na śpiewać swoją tęskną pieśń. Po chwili wstaje i odwraca się do mnie, a jej twarz zdobi ciepły, pełen miłości uśmiech. Chcę coś powiedzieć, ale słowa grzęzną mi w gardle. Dziewczyna znów odwraca się do mnie plecami i nagle wchodzi do wody. Chcę ją zatrzymać, ale mogę się tylko przyglądać, jak zanurza się coraz głębiej. Już mam do niej biec, gdy nagle zamienia się w łabędzia, który odwraca się do mnie i wznosi dumnie swo- je skrzydła, po czym opuszcza je łagodnie i schyla nisko swo- ją głowę, jakby przesyłał mi pozdrowienie. Następnie odpływa spokojnie, a pieśń unosi się za nim, nie milknąc, niesiona wia- trem, który teraz silniej zaczął owiewać mi twarz.

Szok, który przeżywam w tym momencie, jest ogromny. Nie wiem, co mam zrobić. Stoję na brzegu jeziora, nadal wpatrując się w dal, jakbym oczekiwała, że dziewczyna powróci. Nagle jakaś siła ściąga mnie z powrotem do ciała. Czuję jak moje cia- ło unosi się na chwilę do góry i opada bezładnie na łóżko. Nie mogę złapać powietrza, duszę się. Coś ściska mi teraz gardło tak bardzo, iż mam wrażenie, że za chwilę się uduszę. Wpadam w panikę i zaczynam się szarpać, przeraźliwie próbując zawal- czyć choćby o haust powietrza.

– Szybko, podajcie jej tlen. – Ten głos wydaje mi się rów- nie obcy jak miejsce, w którym się znajduję. Staram się na siłę otworzyć oczy, ale nie mam siły podnieść nawet jednej powieki. Moja twarz wydaje się być bardzo opuchnięta i czuję, jakby była nabrzmiała do granic możliwości. Uczucie przebywania w ciele wydaje mi się tak niemiłe, że znów mam ochotę z niego uciec. Coś jednak przytrzymuje mnie blisko niego.

– Hej, dziewczyno, nie umieraj nam tu. Masz przed sobą całe życie. – Stanowczy i bardzo męski głos przywołuje mnie do rzeczywistości. Jest zdecydowany i bardzo łagodny zara- zem. Uspokajam się pod jego wpływem, jakby sam jego tembr wyzwolił chęć uspokojenia się. Czuję, że mogę spokojnie po- zostawić moje ciało w rękach tego człowieka. Ta pewność jest dziwna, ale też i bardzo mi w tym momencie potrzebna.

Z powrotem odpływam na moją polanę. To miejsce wyda- je się być dla mnie teraz azylem, w którym chronię się przed powrotem bólu. Rozglądam się uważnie po polanie, ale nikogo tu nie dostrzegam. Bardzo wyraźnie pamiętam tę dziewczynę i gdzieś w sobie mam nadzieję, że znów ją tu spotkam lub choć- by zobaczę łabędzie płynące wzdłuż brzegu jeziora, ale niczego takiego nie dostrzegam. Trochę zaczynam się nudzić i posta- nawiam, że przejdę się wzdłuż jeziora, wspominając wszystkie chwile, które w jakiś sposób przyciągały mnie do tego miej- sca. Ciekawe, że tak mało ludzi je odwiedzało. Zazwyczaj było tu cicho i spokojnie, pewnie dlatego tak je lubiłam. Rybacy wybierali najczęściej drugą stronę cypla, od strony zatoki. A wczasowicze najczęściej trzymali się miejsc blisko ośrodków wczasowych.

Nagle, niedaleko mojej polany dostrzegam jakąś postać, któ- ra stoi pochylona pomiędzy dość wysoko rosnącymi tu trawa- mi, kwiatami i ziołami, jakby czegoś szukała. Wydaje mi się znajoma, ale nie do końca potrafię sobie przypomnieć jej imię. Podchodzę do niej bardzo blisko, lekko podekscytowana tym nagłym i nieoczekiwanym spotkaniem.

– Kim Pani jest? – pytam stojącej nieopodal kobiety. Jest ubrana na czarno, a na głowie ma kolorową, kwiecistą chustę. Wydaje się być stara, choć nie, nie jest stara, to tylko ta chusta daje taki efekt.

– Kim jestem?

Kobieta wydaje się być zaskoczona moją obecnością. Podnosi głowę i chwilę przygląda mi się z ciekawością, jakby i ona sta- rała się ocenić, skąd mnie zna.

– Jestem zielarką. Szukam odpowiednich ziół dla małej dziewczynki, która bardzo potrzebuje mojej pomocy – odpo- wiada bardzo łagodnym i spokojnym głosem, w którym po- brzmiewa wesołość.

Przyglądam się jej bardzo uważnie i coś mi zaczyna świtać w głowie, jakbym zaczęła sobie przypominać, skąd ją znam. Nagle odczuwam, że muszę jej coś dać. W mojej dłoni do- strzegam pęk ziół, choć nie mam pojęcia, skąd się tam wzięły. Pomyślałam o nich i od razu pojawiły się w mojej dłoni.

– Podaj jej to – mówię bardzo pewnie, wyciągając jednocze- śnie do niej dłoń z pękiem ziół.

Kobieta bierze ode mnie zioła i uważnie się im przygląda. Po chwili na jej twarzy pojawia się uśmiech.

– Na pewno jej podam – oznajmia, uśmiechając się do mnie bardzo ciepło.

– Dziękuję – odpowiadam, odczuwając jakiś dziwny rodzaj ulgi.

Kobieta wkłada zioła do fartucha i zaczyna oddalać się w stronę drzew. Odprowadzam ją wzrokiem, ale nie mam ocho- ty za nią iść. Coś ciągnie mnie, by podążać dalej, w stronę mojej plaży. Mijam tunel, przez który przechodzę za każdym razem, zmierzając na moją polanę, i widzę nagle, że wyjście wcale nie kieruje mnie na plażę, ale na kolejną polanę, gdzie dostrzegam trzech małych chłopców, o jasnych czuprynach, biegających i krzyczących coś do siebie radośnie. Obok dostrzegam małżeń- stwo trzymające za rączkę małą dziewczynkę. Obraz wydaje mi się dziwnie znajomy. Podchodzę bliżej i nagle zauważam, że to moi rodzice, a ta mała dziewczynka to ja. Jestem tak zszokowa- na, że aż zaczynam cała drżeć w środku.

Mój tata bierze mnie nagle na ręce, a ja piszczę rozbawiona, gdy unosi mnie bardzo wysoko. Mama patrzy z niepokojem na moich braci, którzy oddalili się gdzieś na chwilę, ale uspo- kaja się, widząc, że biegają niedaleko, goniąc się nawzajem. Tata siada na polanie i sadza mnie sobie na kolanach. Coś mi pokazuje w oddali, a ja patrzę z ogromnym zainteresowaniem w tamtą stronę. Uśmiecham się, widząc stado łabędzi. Klaszczę w dłonie i coś do nich staram się powiedzieć, choć wiem, że mnie nie słyszą. Tata wstaje ze mną i podchodzi do brze- gu, cały czas trzymając mnie na rękach. Zaczynam się wyry- wać, chcąc podejść do łabędzi. Nie boję się ich. Nie pamiętam tej sceny, ale zaczynam rozumieć, jak silny związek miałam od małego z tymi ptakami.

Mam ochotę podejść jak najbliżej, aby zobaczyć, co to jest, ale powstrzymuję się, nie chcąc zburzyć tego wspomnienia. Nie dane jest mi także cieszyć się nim zbyt długo. Czuję, jak moje myśli płyną dalej, do kolejnego wspomnienia, przeobrażając je w obraz, którego staję się częścią.

Patrzę na siebie, jakbym oglądała film z mojego życia. Widzę ludzi i zdarzenia, które wydarzyły się w moim życiu. Dziwne, ale spoglądam na to obojętnie, jakby to dotyczyło kogoś inne- go. Dopiero moment, gdy docieram do widoku śmierci mojego taty, wywołuje we mnie silny wstrząs. Kulę się w sobie i szybko oddalam to wspomnienie, przywołując na siłę inne.

Widzę teraz siebie zasłuchaną w opowieści cioci, która uczy mnie modlitw, ale nie takich gotowych. Pokazywała mi, jak je układać i wyrażać w nich gotowość. Widzę ją, przedstawiającą mi inną stronę natury, kierującą moją uwagę na rzeczy, na które sama pewnie nigdy nie zwróciłabym większej uwagi. To wspo- mnienie uspokaja mnie i wycisza. Widzę siebie kontemplują- cą po raz pierwszy, w samotności, nad brzegiem jeziora. Teraz zauważam siebie spacerującą brzegiem, rozmyślającą nad ota- czającym mnie pięknem i harmonią. Obrazy zmieniają się, a ja dostrzegam siebie o różnych porach dnia i roku. Nie zmienia się tylko jedno. Mój zachwyt nad tym miejscem.

Zawsze czułam się dobrze w bliskości z naturą. Nie bałam się, oddalając się czasami od domu na spore odległości. Przyroda chroniła mnie w niezwykły sposób i nigdy nie zdarzyło się, abym się gdziekolwiek zagubiła. Ciocia zawsze mi tłumaczyła, jak ważnym jest, by wczuć się w jej piękno. Uważała przyrodę za coś wyjątkowego, w czym ukrył się sam Bóg, a ja śmiałam się, gdy mówiła, że jestem jego iskierką.

– Aniu, jesteś wyjątkowa, pamiętaj o tym – głos cioci niesie się z oddali, jak wspomnienie, które powraca ze świata moich myśli i znów do niego odpływa.

– Dlaczego jestem wyjątkowa?

– Kiedyś się dowiesz i mam nadzieję, że to zrozumiesz i za- akceptujesz. – Ciocia głaszcze mnie po głowie i troskliwie otula do snu.

To wspomnienie jest bardzo miłe. Pamiętam jej ciepłe dłonie i dotyk pełen troski i miłości. Pamiętam też wieczne niezrozu- mienie ze strony innych, z którym się zmagała na co dzień.

– Pamiętaj, musisz tylko zaakceptować to, kim jesteś...

Tracę to wspomnienie. Staje się coraz bardziej zamglone, a ja przenoszę się gdzieś, do innej przestrzeni.

– Szkicujesz? – Głos mamy wyrywa mnie z zamyślenia.

– Tak, mamusiu. Czy coś się stało? – podnoszę wzrok znad szkicownika.

– Nie, ale jak skończysz, pomożesz mi kuchni, dobrze?
– Tak – odpowiadam spokojnie.
Nagle czuję, jak przeszywa mnie ostry ból. Zginam się w pół,

chcąc zatrzymać oddech, aby pozbawić go energii. Nie znoszę tych wspomnień. Jest ich wiele w mojej pamięci. Mijają godziny, a ja leżę skulona na łóżku, zwijając się z bólu. Mama siada obok i kładzie mi swoje dłonie na brzuchu. Jej dłonie są bardzo gorą- ce, tak bardzo, że mam wrażenie, iż parzą. Ciepło płynące z jej dłoni rozlewa się po moim brzuchu i przynosi mi ulgę.

Nie pamiętałam tego. I nie wiedziałam, że mama ma zdolno- ści uzdrawiające.

Znów zmiana wspomnień, tym razem stoję na ulicy i widzę, jak coś niepokojącego zaczyna wypełniać moje myśli. Nie chcę tego, boję się ich, są straszne. Nie chcę tu być! Zaczynam krzy- czeć, starając się od nich oddalić. Uciekam od nich. Są straszne, pełne bólu i bezsilności. Wiem, gdzie muszę uciec, wiem, gdzie chcę wrócić. Kieruje mną teraz instynkt i znów słyszę głosy. Znów oślepia mnie jakieś światło.

– Tracimy ją.
– Ciśnienie krwi...
– Saturacja...
Boli. Dlaczego pobyt tu tak boli? Nie mogę myśleć. Coś prze
szkadza mi być w tym miejscu, coś jest w nim nie tak. Czuję z nim więź, a jednocześnie mam wrażenie, że jest obce, niemoje. Dziwne wrażenie. Jakbym była tu i jednocześnie nie miała prawa tu się znajdować. Chcę podjąć jakąś decyzję. Czuję, że muszę to zrobić, aby jasno pomyśleć. Oddalam się od ciała, nie chcąc już dłużej odczuwać bólu.