Słuszność własnych racji


W sumie, jeśli się uprzemy, udowodnić możemy w zasadzie wszystko. Słuszność swoich racji lub niesłuszność cudzych racji, własne przekonanie, że coś jest jakieś lub cudze kłamstwo. I choć nie zmieni to samej prawdy, my i tak możemy dojść w tym naszym argumentowaniu, nawet do czystej perfekcji. A co wtedy, gdy upieramy się w tych naszych przekonaniach i nagle sami zaczynamy widzieć coś więcej. I nagle dociera do nas, że i nasze wcześniejsze widzenie czegoś, w jakiś konkretny sposób, było błędne. Zmieniamy sami zdanie i na nowo przekonujemy, do nowej słusznej racji? Kim zatem się stajemy, gdy wcześniej, bez trudu przychodziło nam coś krytykować, a później sami nagle zaczynamy to np. robić. Skąd w nas taka chwiejność tych naszych przekonań? Do kogo też macie większy szacunek, do tego, który zbłądził, przyznał się i naprawił swoją drogę lub postępowanie? Czy bardziej do tego, który uparcie tkwi w swoich przekonaniach i udowadnia swoją siłę? Komu byście szybciej wybaczyli? Temu, który przeprasza, nawet szczerze wyrażając swój żal i skruchę, czy temu, który w imię sprawiedliwości, wyrównuje rachunki? Kto szybciej z nich dostrzeże prawdę? Ten, który jest o tym przekonany, czy ten, którego zaprzątają sprawy tego świata?

To tak na dziś, do przemyślenia. Czasami warto skierować swoje myśli na zupełnie inny tor.