Test wewnętrznej woli


Jedną z podstawowych wartości, w obrębie której dokonujemy licznych uświadomień jest przestrzeń wewnętrznego i zewnętrznego zaufania. Przyznam, że jest to bardzo trudna przestrzeń, wymagająca czasami dużej odwagi, by wyswobodzić ją z licznych ograniczeń, którym podlega na wielu płaszczyznach, a które warunkowane są przez częstotliwości sprowadzające duszę, badającą tę przestrzeń na samo dno niskich wibracji.

Zanim zaczniemy zdawać sobie sprawę z tego, iż pierwszą przestrzenią, w zakresie której nabywamy zaufania jest przestrzeń wewnętrzna, bardzo często opieramy nasze zaufanie na naiwności, iż Ci, którym zaufaliśmy lub którym pozwoliliśmy się do siebie zbliżyć, są rzeczywiści godni naszego zaufania, co niekoniecznie przekłada się na rzeczywistość, ale uwielbimy przyjmować, iż tak jest w istocie i dobrze, bowiem inaczej, nigdy byśmy nie zbudowali z nikim żadnej relacji, więc mała doza wiary, szczególnie na samym początku tworzenia jakiejś relacji bardzo przydaje się, by się w nią w ogóle zagłębić i pozwolić, aby energia, którą dopuściliśmy do siebie otworzyła się, co jest zarówno ryzykowane, jak i godne podziwu, gdyż nigdy nie wiemy, co tak naprawdę kieruje intencjami drugiej strony(tymi prawdziwymi intencjami, najgłębiej ukrytymi), ale też i nie wiemy, jakie w nas samych tkwią podświadome intencje wobec innych, bez względu na to, co sądzimy o sobie samych i naszej uczciwości. Oczywiście najlepiej by było niczego w ogóle sobie nie zakładać i pozwolić, by się działo, ale zanim uda nam się zbudować ten specyficzny rodzaj głębokiego zaufania do świata duchowego, na wszelki wypadek lubimy przejmować stery i z góry tworzyć scenariusz danej relacji wyobrażając sobie jej finał. To znów sprawia, iż nieświadomie zaczynamy wywierać presję na osoby, z którymi tworzymy jakiś rodzaj relacji oczekując, iż dostosują się do naszych założeń, przyjmą je bez zastrzeżeń i będą grać dla nas określoną rolę nie pytając w ogóle, o co nam tak naprawdę chodzi?

Gdy poddajemy się prowadzeniu świata duchowego to, co się dzieje staje się dla nas niezwykłą możliwością oddalenia się od głównego źródła wydarzeń, by móc je obserwować z pewnego oddalenia, pozwalając sobie na jednoczesne w nich uczestnictwo, jako widz. To znów sprawia, że nasz udział w danym zdarzeniu staje się nie tylko świadomy, ale my i my sami możemy zaobserwować rzeczy w ich pierwotnej postaci, dając im przestrzeń do tego, by w pełni objawiły swoją moc, a tym samym ukazały swą duchowo-materialną postać. Jest to niezwykle ważne, gdyż, wywierając presję lub wpływając na siłę, na dane zdarzenie lub osobę, nasze uczestnictwo zaplątuje nas w częstotliwości narażając na ich bezpośrednie oddziaływanie. Chociaż, patrząc na to od strony duchowej, o to właśnie chodzi, byśmy pozbawili się na chwilę woli, inaczej, nigdy byśmy nie doświadczyli rzeczy w sposób bezpośredni.

Doświadczając danej sytuacji w sposób bezpośredni bardzo często nie zauważamy wszystkich elementów, z których złożyło się dane doświadczenie. Nie widzimy także, co je zapoczątkowało, a nawet nie jesteśmy w stanie dostrzec, że to, co się dziej, to właśnie skutek czegoś, co zainicjowaliśmy dużo wcześniej. Doświadczamy i najczęściej miotamy się wewnątrz próbując jakoś ogarnąć to, co się dzieje, ale nijak nam nie udaje się dobrnąć do żadnej z krawędzi, by móc spojrzeć na sytuację z dystansu i określić, co zatem trzeba zrobić dalej, by dana sytuacja się rozwiązała. To znów sprawia, że powoli pogrążamy się w ciemności, nie wiedząc czasami, co w ogóle zrobić, jaki krok wykonać, by zainicjować jakikolwiek proces przemiany. W takim wypadku najlepsza byłaby pomoc, ale nawet na to nie chcemy się czasami zdecydować, tak silna potrafi tkwić w nas duma, że przecież powinniśmy sobie z tym poradzić sami, no bo inni...to i owszem, mogą potrzebować pomocy, ale My?

W takich sytuacjach bardzo często odzywa się z boku ktoś, kto chciałby nam pomóc, jednak stare programy lojalnościowe potrafią zadziałać tak, iż nie tylko odrzucimy pomoc, ale i zanegujemy jej sens, nie mówiąc o tym, iż potrafimy podejrzewać osobę pomagającą o złe zamiary. A gdy okazuje się, że z daną osobą łączy nas jeszcze więź karmiczna, wtedy jej zapewnienia nie wystarczą, byśmy jej zaufali. W głowie będzie nam w takich chwilach brzęczeć jedynie myśl, by być wobec danej osoby ostrożnym, co jest wielce zrozumiałym, tylko zapominamy, że zdarzenie jest interakcją dwóch stron biorących w nim udział. Zatem, jedna i druga strona może mieć zasób negatywnych intencji, skoro zalega w nich pamięć negatywnych doświadczeń. I nie ważne, że teraz mogą chcieć sobie nawzajem pomóc, pamięć tego, co zalega między nami, a ciągnie się od wielu wcieleń potrafi być bardzo żywa i wciąż dawać o sobie znać w najbardziej zaskakujących momentach.

Zaufanie, które budujemy w sobie, powinno być zatem najpierw skierowane w stronę nas samych, bowiem, im lepiej będziemy poznawać samych siebie tym więcej odkryjemy energii kierujących naszą wolą, niekoniecznie w sposób dla nas pozytywny, ale tu nawet nie chodzi do końca o sposób, tylko o to, by w ogóle zdać sobie sprawę z tego, że coś nią w ogóle kieruje. I tu dochodzimy do sedna, bowiem jedną z podstawowych przestrzeni, w której odbywamy praktyki uświadamiające jest przestrzeń naszych własnych intencji. Gdy już tam dotrzemy, czeka nas niezwykła przygoda, która, przy odpowiednim nastawieniu potrafi pobudzić lepiej, niż niejeden środek spożywczy. Oczywiście, to od nas zależy, jak tę przygodę potraktujemy i co z niej wyciągniemy w korzyściach dla siebie samych.

Zaglądając do przestrzeni własnych intencji, warto zatem najpierw nauczyć się z nimi pracować i je przemieniać, bowiem, bez znajomości tego, co jest tam czym, pozostanie to miłą wizytą w podświadomości, o której będziemy chcieli jak najszybciej zapomnieć. Jeśli zaś udamy się tam świadomie i nie będziemy się bać nazwać rzeczy po imieniu, wtedy to, co odkryjemy stanie się ścieżką do wewnętrznego wyzwolenia ze wszystkich stanów, w których utknęliśmy, czego wypadało by sobie na koniec życzyć, chociaż i do tego trzeba dojrzeć...jak pokazuje życie.