Tożsamość a utożsamianie


Dopiero, gdy tracimy to, co wydaje się dla nas najcenniejsze, możemy zobaczyć, jak mocno byliśmy do tej rzeczy przywiązani. Poznamy to po stopniu bólu, którego doświadczymy w takim momencie. Po cierpieniu i stracie, jakby to właśnie ta rzecz nas definiowała. Jakby to jej obecność w naszym życiu mówiła, kim jesteśmy. A przecież, jesteśmy i bez tego. Nadal mamy ciało, własną tożsamość, marzenia, myśli, pragnienia. Nadal dysponujemy tą samą siłą, która doprowadziła nas do osiągnięcia tamtej rzeczy.

Podobnie jest z naszymi relacjami. Gdy tracimy kogoś, kogo, jak nam się wydawało, tak mocno kochaliśmy, iż nie wyobrażaliśmy sobie wręcz życia bez tej osoby, dopiero wtedy możemy zobaczyć, jak bardzo się z tą osobą utożsamialiśmy, aż straciliśmy część własnej tożsamości. Po czym to poznać? Po bólu, który doświadczamy po utracie, bowiem wtedy czujemy, jakby umarła cząstka nas samych. Tylko, co tak naprawdę w nas umiera, gdy coś lub kogoś tracimy? Iluzja o szczęściu, jaką dawała nam obecność tej energii w naszym życiu? A może wręcz odwrotnie, żal, że czegoś nie dopełniliśmy, choć mieliśmy taką szansę? To, zatem, jaką część siebie tak naprawdę tracimy? A może, skoro tracimy, to nigdy nie było nasze? Byliśmy jedynie użytkownikami tej energii? Na chwilę, na ten krótki moment, gdy była blisko nas, mogliśmy za jej przyczyna coś poczuć. Teraz zaś, nie potrafimy sami już tego odtworzyć, choć, przecież, niczego nam nie brakuje. Wciąż jesteśmy kompletni, mamy te same zdolności. To skąd w nas zatem taki smutek i żal?