Trzeci fragment powieści


Dzień dłuży się Mateuszowi w nieskończoność. Stara się, jak tylko może, by skupić się na pracy, ale jego wzrok ciągle biegnie w stronę zegara, który wisi tuż nad wejściem do biu- ra. W końcu przychodzą nowi pracownicy i Mateusz zaczy- na wprowadzać ich w to, co będą robić. Przekazuje pałeczkę kierownikowi, który ma ich przypilnować i wdrożyć w zakres ich obowiązków, a sam wychodzi z biura i szybko wskakuje do samochodu, by zdążyć jeszcze wpaść do domu umyć się, zjeść i jechać do szpitala.

– Pojechać z tobą? – babcia wychyla się z kuchni, gdzie przy- gotowuje posiłek.

– Nie, babciu, dam sobie radę. Chyba, że bardzo chcesz.

– Pojadę w takim razie z Tobą jutro. Dziś zrobię pranie i przygotuję wam zapasy na weekend.

– Dobrze, babciu.

– Mateuszku. – Powaga w głosie babci wywołuje w Mateuszu mały niepokój. – Nie miej do Maximiliana pretensji. Ja rozu- miem, że on nie miał prawa odwiedzać twojej dziewczyny, ale to jest twój brat, jedyny brat, i jesteście sobie nawzajem po- trzebni. Myślę, że on bardziej potrzebuje teraz naszej pomocy niż kiedykolwiek.

– Wiem, babciu.

– Rozmawiałam z nim dzisiaj – babcia wraca do swoich czyn- ności, kontynuując jednocześnie swoją wypowiedź – był bardzo przybity i wydaje mi się, że nie jest z nim najlepiej.

– Pewnie był na kacu? – Mateusz nie ukrywa ironii.

– Nie, Mateuszku, był trzeźwy, ale nie o to chodzi. – Babcia macha ścierką, jakby chciała pomóc sobie w zmianie tematu. – On jest załamany tym, co się stało. Przeżył to bardziej, niż by ci się wydawało. Pielęgniarki mówiły, że w szpitalu, gdy go badali, wciąż się do niej wyrywał i nie chciał jej puścić, gdy ją reanimowali. Musieli go siłą od niej odciągać.

Mateusza przeszywa w tym momencie tak silna zazdrość, że aż czuje ból w sercu. Fizyczny ból.

– Powiesz mi w końcu, o co tu chodzi? – babcia patrzy uważ- nie na wnuka.

– Babciu – Mateusz stara się powstrzymać drżenie w gło- sie – nie ma o czym mówić. Max pojechał do Ani, gdy byłem na zawodach. Nic go z nią nie łączyło wcześniej. Poznał ją, gdy przyjechaliśmy na kilka dni do Gdyni.

– Mateusz, on podobno cały czas jej wyznawał w szpitalu mi- łość i był u niej następnego dnia.

– Co takiego? – Mateusz nie może powstrzymać wściekłości.

– Jedna z pielęgniarek mówiła, że ją odwiedził. Więc powiesz mi prawdę, czy mam sama do niej dojść?

– Babciu, już ci mówiłem, że Maxa nic z Anią nie łączyło wcześniej. Wręcz się go bała. To on sobie coś ubzdurał na jej temat.

– Rozmawiałeś z nim na ten temat?

– Próbowałem – wzdycha ciężko. – Niestety, sama widzisz, jak wyglądają nasze relacje. Naprawdę bym chciał, aby Max znalazł sobie fajną dziewczynę, ułożył sobie życie i podjął jakąś pracę.

Babcia na chwilę milknie i odwraca się plecami do Mateusza.

– Babciu? – Mateusz czuje się zaniepokojony przedłużającym się milczeniem babci, a po chwili zauważa, jak ociera łzy.

– Nie, nic. – Babcia wciąż stoi odwrócona plecami do Mateusza. – Długo to trwa? – Odwraca się w końcu i Mateusz zauważa w jej oczach łzy.

– Ale o co chodzi? – Mateusz czuje się zdezorientowany.

– Maximilian już dawno prosił o pomoc, ale nie chciał powiedzieć, jaki ma problem. Wstydził się.

– Nie wiedziałem.

– On szuka pomocy, bo nie wie, jak się ma wydostać z miej- sca, w którym się znalazł, i myślę, że szukał jej u Ani.

– Możemy porozmawiać później? – Mateusz drętwieje na dźwięk słów, których prawda dotarła do niego w tej chwili ze zdwojoną siłą. Sam do tego doszedł, choć nie miał odwagi przyznać tego głośno. Nagle spogląda z niepokojem na zegar. – Muszę jechać do szpitala – mówi szybko, zauważając, jak nie- wiele czasu mu zostało do chwili, w której obiecał, że zjawi się w szpitalu.

– Jedź już, jedź. – Babcia uśmiecha się do niego i sama zaczy- na go ponaglać, aby w końcu wyszedł z domu.

Mateusz zbiega szybko na dół, zabierając jeszcze po drodze kluczyki i dokumenty i wskakuje do swojego auta. Już jest spóź- niony i wie, że musi trochę przycisnąć pedał gazu, aby zdążyć dojechać do szpitala na trzecią. Niestety, trafia na duży korek i musi zrobić objazd, aby dojechać do szpitala. Droga ciągnie mu się w nieskończoność i gdy dojeżdża na miejsce, stwierdza, że jest już mocno spóźniony.

Oddział, na którym leży Ania, znajduje się na pierwszym pię- trze. Mateusz omija windę i wbiega szybko po schodach. Gdy dociera do oddziału, trafia akurat na wychodząca młodą pielę- gniarkę, która niesie próbki krwi do analizy. Mateusz przytrzy- muje jej drzwi i uśmiecha się do niej serdecznie.

– O, widzę, że pan wrócił. – Pielęgniarka wcale nie wydaje się być zdziwiona jego widokiem.

– Jak to, wróciłem? – Mateusz wydaje się być lekko zdezo- rientowany. – Chodzi pani o wczorajszy dzień?

– Nie. Był pan tu już dziś i dopiero co odwiedzał jedną z pa- cjentek, która leży w śpiączce. – Pielęgniarka patrzy zmiesza- na, jakby powiedziała coś niestosownego. – To nie pan był dziś w odwiedzinach?

– Nie. Nie byłem. – Niepokój, który pojawił się po słowach pielęgniarki, zaczyna narastać w Mateuszu w zawrotnym tem- pie.

– O, to przepraszam. – Pielęgniarka marszczy teraz brwi, jakby chciała przypomnieć sobie wygląd poprzedniego męż- czyzny. – Wydawało mi się, że tamten mężczyzna musiał być do pana po prostu łudząco podobny. – To pewnie pomyłka. A pan do kogo?

Mateusz podaje imię i nazwisko, co wywołuje małe pomie- szanie w reakcji pielęgniarki, która otwiera szeroko ze zdziwie- nia oczy.

– Panowie są jakąś rodziną?

– To mój brat bliźniak. – Mateusz już wie, kto odwiedził przed nim Anię. Jest tak wściekły, że ma ochotę wyjść ze szpita- la, dopaść Maxa i walnąć go tak, by ten na długo zapamiętał, by trzymać się od niej z daleka.

– To wszystko jasne. – Pielęgniarka uśmiecha się jeszcze raz do Mateusza i odchodzi w stronę bocznego korytarza. – A już myślałam, że coś mi się pomieszało w głowie.

Mateusz wchodzi na oddział i od razu wkracza do pokoju pielęgniarek.

– Dzień dobry – mówi, starając się opanować złość na brata.

– O, dzień dobry. To pan. – Na krześle przy biurku siedzi zna- jomy lekarz. – Widzę, że pana narzeczona ma dziś sporo gości.

– Sporo? – Mateusz jest zdziwiony tym, co słyszy.
– Był tu dziś jej brat, później mama, a niedawno pana brat.
– Wiem. – Mateusz chce zachować spokój, ale ledwie mu się

to udaje. – Czy mój brat był tu dawno temu?
– Minęliście się. Wyszedł jakieś pół godziny temu. Prosił,

by mu pozwolić popatrzeć na nią choć chwilę.
Mateusz stara się opanować nerwy, ale ledwie wytrzymuje,

by nie powiedzieć o Maximilianie czegoś przykrego.

– Chce pan do niej wejść? Pana wczorajsza wizyta musiała sprawić jakiś cud, bo dzisiejsze wyniki były prawie doskonałe. Jej stan naprawdę bardzo się poprawił.

Mateusz zakłada fartuch i wchodzi do sali, gdzie leży Ania. Chwilę jej się przygląda i siada obok, na stołku, który podsuwa mu pielęgniarka. Bierze ją za rękę i ściska delikatnie, chcąc się przywitać. Puls na monitorze na chwilę przyśpiesza i Mateusz już wie, że go wyczuła.

– Mówiłam Panu, że ona pana czuje. – Znajoma pielęgniar- ka staje po drugiej stronie łóżka i zaczyna regulować kroplów- kę. – Wczoraj, do samego wieczora, robiła nam zamieszanie na stolikach, a dziś strąciła tackę, gdy zmieniałam jej opatrunek.

Mateusz uśmiecha się na samą myśl o złośliwości Ani. Wie, co to za czarownica, i wie, że jeśli znajduje się obok, za chwi- lę pewnie da mu większy znak, niż tylko przyśpieszony puls. W tej samej chwili na podłogę obok Mateusz spada tacka, na której leżą puste strzykawki, które pielęgniarka odłożyła przed chwilą po podaniu Ani jakiegoś lekarstwa.

– A nie mówiłam. – Pielęgniarka wcale nie jest zdziwiona tym, co się stało. – Schyla się i podnosi tackę, zbierając cierpli- wie strzykawki. – Mówiłam, że tu jest.

Mateusz uśmiecha się szeroko i spogląda z miłością na Anię. Schyla się do jej dłoni i unosi ją nieznacznie, po czym składa w jej wnętrzu pocałunek.

– Mam nadzieję, że to poczułaś i wiesz, co chciałem ci prze- kazać – mówi to najciszej, jak tylko może, chcąc, aby nikt go nie usłyszał poza Anią.

– Czy mój brat tu wchodził? – podnosi na chwilę wzrok i pa- trzy wyczekująco na pielęgniarkę.

– Nie. Nawet nie chciał. Patrzył na nią przez okno, z dyżurki. Zresztą nie mógłby wejść, nie należy do rodziny.

Mateusz wyczuwa, że pielęgniarka chce mu coś powiedzieć, ale powstrzymuje się, jakby nie chciała go urazić.

– Panie Mateuszu, myślę, że pana brat czuje się winny. – Pielęgniarka patrzy na Mateusza i uśmiecha się do niego smut- no. – Dzwoni tu codziennie, od kiedy ją przywieźli, i pyta, jak ona się czuje. Myślę, że dręczy go sumienie i strach, że mogła umrzeć. Dziś powtarzał cicho, że wszystkich zawiódł. Niech pan z nim porozmawia, bo z chłopakiem jest naprawdę źle i myślę, że on chce sobie zrobić jakąś krzywdę.

Mateusz podnosi zdziwione spojrzenie i w tej chwili, nie wia- domo skąd, po podłodze w stronę Mateusza zaczyna toczyć się rolka bandaża. Pielęgniarka szybko schyla się po bandaż, zdzi- wiona tym, że w ogóle znalazł się jakiś w tym miejscu.

– Ona chyba czuje to samo, bo daje silne znaki. Gdy był tu pana brat, dwa razy strąciła mój kubek. Dobrze, że nic się nie pobiło. Moja babcia straszyła podobnie po śmierci.

Mateusz siedzi jeszcze chwilę przy Ani, ale niepokój, jaki w nim narasta od chwili, gdy tylko usłyszał o zachowaniu Maximiliana, jest ogromny. Czuje, że musi go znaleźć i spró- bować coś zrobić. Wie, że następnego dnia Ania będzie wybu- dzana ze śpiączki i raczej nie zostanie wpuszczony na oddział. Musi wrócić szybko do domu i skontaktować się z Piotrem oraz Krzysztofem.