Ułożona sama w sobie


Poznając sama siebie, swe ciało dusza w pewnej chwili odkrywa, że ono jej coś umożliwia, ukazuje poprzez substancję, której forma jest jedyna w swoim rodzaju i jedyny, niepowtarzalny sposób pozwala duszy doświadczyć świata materialnego od strony, na którą mogła wcześniej nie zwrócić nawet uwagi lub traktować ją jak coś oczywistego, nie zastanawiając się, jaki sama ma związek z wyborem płci swojego ciała.

Odkrycie swej cielesności może wyznaczyć jej dwie ścieżki podążania, o których w znacznej mierze może zadecydować, świadomość wewnętrzna w chwili odkrycia lub, inaczej to nazwijmy zwrócenia uwagi na samą siebie, albo ścieżka, która ją do tego momentu doprowadziła, a która wręcz obfitowała w zdarzenia zmuszające dusze do zauważenia swoje własnej płci.

Posiadając ciało, dla duszy, do jakiegoś momentu może wydawać się oczywistym, że ma ciało, no bo co w tym niezwykłego, że je pozsiada. Ciało jak ciało, dwie ręce, nogi, głowa, tułów i kilka innych narządów, w dodatku bardzo niestałe, wciąż ulęgające jakiemuś uszkodzeniu, gdzie trzeba o niego ustawicznie dbać, zaspakajać jego potrzeby, bo każde zaniedbanie od razu grozi poważnymi konsekwencjami. Ale przychodzi taki moment, gdy uwaga duszy wzrasta i nagle dostrzega, że jej ciało różni się od ciał, zamieszkiwanych przez inne dusze. Moment o tyle trudny, że dusza może nie chcieć w tym momencie dojrzeć możliwości, jakie niesie jej oryginalność jej własnego ciała, tylko popatrzy na siebie, skrzywi się, że jakieś chude takie lub za grube, urody mu brak, długości lub grubości w pewnych miejscach, nie mówiąc o wielkości w innych, a to lewa powieka opada, nos jest za garbaty, czoło za niskie, tyłek za przysadzisty....no coś z nim ewidentnie nie tak.

Nie dostrzeże w tej chwili dusza tego, że jej wybór podyktowany był silną potrzebą powrotu do pewnych stanów, ona chciałaby być inna, a to ciało, to chyba jakiś przypadek, bo gdyby teraz miała wybierać, to na pewno nie TAKIE! Co to ma być! - krzyczy na siebie, patrząc w lustro. - Coś ty do cholery wybrała - wrzeszczy na siebie. - Po co Ci to było?!

Niezadowolenie z siebie i swojego wyboru na długo potrafi duszę ustawić w niechęci do siebie samej i swojego ciała. Potrafi się nim wręcz brzydzić, widzieć w nim tylko i wyłącznie wady, ale potrafi się też i pocieszyć, patrząc na większą tuszę koleżanki, krzywe nogi lub bardziej garbaty nos. Takie dostrzeżenie różnicy w wyglądzie może choć na chwilę podnieść jej samoocenę, a gdy już dostrzeże, że nawet i Ci idealni mają jakieś wady, no wtedy może poczuć się sobą...przynajmniej jakaś sprawiedliwość istnieje na świecie w kwestii cellulitu;) i zmarszczek.

Zanim dusza zagnieździ się porządnie w sobie i w swym ciele, zanim go polubi i dostrzeże, że taki wybór pokorną ją na przykład czyni po wcieleniach, gdy urodą grzeszyła, a skłonności ciała są jedynie teraz ciekawym wyzwaniem dla jej pozostałości po wcieleniach mistrzowskich, gdy ciało do ułożoności zostało doprowadzone poprzez różne praktyki wyrzeczenia czy też ascezy. Jednakże, w chwili, gdy dostrzeże możliwości swego obecnego ciała, dusza wkracza w zupełnie nowy obszar, gdzie jej świadomość zaczyna obejmować to, co wybrała na teraźniejszość i dostrzegać, gdzie to miało, dzięki temu skierować jej uwagę. Jeśli skieruje w owe przestrzenie uwagę i nie odwróci się od nich, podąży ścieżka nowych możliwości odkrywają nowe drogi do oświecenia, ale musi je najpierw dostrzec.

Gdyby działo się to tak łatwo działo, dusza od początku swego wejścia do ciała koncentrowała się na tym, co jest dla niej bardziej możliwym w tym, co daje jej ciało i dokonywała bardziej świadomego wyboru. Zamiast tego, woli się szarpać z ciałem i denerwować, że ono jej nie słucha, gdy jej pragnienia kierują ją w stronę innych zainteresowań, niż stwarzają jej, jej naturalne predyspozycje. I tak, miast się bawić marudzi, że życie nie układa jej się tak, jakby chciała, nie robi tego, co sprawiałoby jej prawdziwą przyjemność i wciąż ma poczucie, że idzie cudzą ścieżką, w dodatku w kierunku, w którym nie chce podążać.

A wystarczyłoby, by przestała się tak unosić wobec samej siebie, prychać na swój wygląd i zeszła z piedestału(tronu), na którym już nie stoi lub nie siedzi, spojrzała na siebie ciut bardziej świadomie i zobaczyła swoje własne oblicze, tej, którą jest teraz i jako ta, którą jest teraz podążyła do poziomu, gdzie odkryje, że sama ma w sobie każdą wielkość, za którą tak bardzo tęskni, że wystarczy mniej się krzywić do lustra, a światło wewnętrzne łatwiejszą znajdzie drogę na zewnątrz i wystarczy, by wybrała to, co naprawdę lubi robić, rozwijając to do poziomu, gdzie sama stwierdzi, to moje, moja droga, moja przejawiana wartość...moja, z teraźniejszości.