Upór duszy


Niektóre przekonania, którymi kierujemy się w życiu wydają się nawet sensowne, jeśli im się tak dokładnie przyjrzeć, ale bywają i takie, które przynoszą nam więcej szkody, aniżeli pożytku, nie mówiąc już o tych, które świadczą nie tylko o naszej głupocie, ale też potwierdzają często bardzo smutną prawdę o nas, iż w życiu częściej kierujemy się naiwnością niż rozumem, choć nam samym wydaje się najczęściej, że to, co robimy jest jak najbardziej w porządku wobec nas samych i innych. Niestety, rozczarowanie, którego często doznajemy w chwilach, gdy okazuje się, iż jesteśmy osamotnieni w swoich poglądach i nikt nie rozumie, o co nam tak naprawdę chodzi, bywa ogromne, a gdy odkrywamy jeszcze, iż tym, na którym nam zależało najbardziej, nie zależy na nas tak, jakbyśmy tego pragnęli, żal może przerodzić się we frustrację i na długo zamknąć w nas światło, którym do tej pory obdarzaliśmy innych.

To, czym się kierujemy w życiu, dla nas samych często wydaje się sensowne, choć zdarza się, że nasze otoczenie uważa inaczej i wprost do nas krzyczy, iż nasze przekonania są infantylne a to, w co wierzymy skończy sie bólem i rozczarowaniem. Mało kiedy rozumiemy w takich sytuacjach sens tego, czego chcą od nas inni, prędzej budujemy w sobie żal do nich i przekonanie, iż nas nie rozumieją, zamykamy się w sobie i odgradzamy od świata w przekonaniu, iż ten chce dla nas jak najgorzej.

Ale, czy rzeczywiście światu zależy na tym, aby było nam gorzej, gdy sam ma tyle własnych problemów? Czy rzeczywiście naszym bliskim zależy jedynie na tym, by nas zdominować, podporządkować sobie i najlepiej byśmy siedzieli cicho, wykonywali swoje domowe obowiązki i nie marudzili wymyślając sobie jakieś choroby, depresje lub jakieś inne niestworzone rzeczy? A może to my chcemy od świata i naszych bliskich za dużo w stosunku do tego, co mogą lub potrafią nam dać?

Bo tak naprawdę, co może dać mi świat i inni ludzie, poza tym, czym mogę obdarować sama siebie? Czy uczucia, których tak często pragniemy są rzeczywiście tylko osiągalne na zewnątrz i trzeba się aż tak bardzo poświęcać, aby otrzymać je od innej duszy? Skąd zatem w nas przekonanie, że będziemy jedynie szczęśliwi wtedy, gdy to ktoś inny obdarzy nas uczuciami. Czy rzeczywiście jest tak trudno obdarzyć nimi siebie? Przecież, skoro inni potrafią nimi obdarzać nas, to oznacza, że mamy do nich taki sam dostęp jak inni, to skąd problem, by obdarzać nimi samych siebie. To aż tak trudne, by poczuć do siebie sympatię, miłość, radość przebywania w swoim własnym towarzystwie? To aż trzeba sprzedawać własną duszę, podporządkowywać się innym, aby inni okazali nam łaskę i nas nimi obdarowali. Skąd w nas aż takie żebractwo wobec innych dusz, że czasami zatracamy własną duszę, pozwalamy innym, aby przejęli nad nami kontrolę, a gdy się juz poczują władzę nad nami, uspokoją się, a my będziemy mogli się przymilić i może w akcie łaski otrzymamy w zamian jakąś czułość.

Oczywiście opisuję skrajne przypadki, choć po środku jest cały świat szarości, wzajemnych manipulacji, może mniej drastycznych w zachowaniach, ale popatrzcie jakże podobne wszystko jest w swym celu. Nie ważne jakim sposobem, zawsze dążymy do jednego, by otrzymać od innych choć odrobinę serdeczności, czułości, miłości, światła. Pytanie tylko, jaką cenę jesteśmy w stanie zapłacić za odrobinę czułości.

W początkowej fazie, gdy trafiamy na duszę, powiedzmy na nas otwartą, w dziwny sposób łatwiej przychodzi nam, aby łączyć się z poziomami wyższych wibracji i jakże chętnie czasami, sami obdarzamy innych czułością, miłością, ciepłem i każdym innym rodzajem uczuć. Ani się wtedy blokujemy, ani nie bronimy innym, by czerpali z nas energię, ani nie utrudniamy dostępu do najczystszej sfery naszych uczuć, ale mija jakiś czas, czasami nawet nie długi, a coś w nas zaczyna gasnąć, zamykać się na drugą stronę, by w pewnej chwili poczuć wręcz niechęć i strach przed drugą duszą i jej zbytnią otwartością na czerpanie z nas, tylko, no właśnie tylko nie zamykamy swej duszy przypadkowo, bowiem mało kiedy zdajemy sobie sprawę z intencji, które nami kierowały, gdy otwieraliśmy przed innymi duszami własne podwoje, a intencje nie są tu jakoś wymyślone. Każdej duszy zależy zawsze na jednym, by wzrosła jej energia na wyższy poziom. Mówiąc prostszym językiem, każdy z nas chce się rozwijać, a im wyżej doszliśmy już we własnym rozwoju, potrzebujemy coraz większych przestrzeni dla ekspansji światła, które chce przez nas przepływać. Co to oznacza w praktyce, otóż, im niżej jesteśmy w rozwoju, tym mniejszej potrzebujemy dawki uczuć, mniejszych wyzwań i wystarczy nam nikłe światło, byśmy poczuli się usatysfakcjonowani, ale im wyżej wzrastamy, tym i nasze potrzeby stają się dużo większe.

Mając niską świadomość dusza bardzo łatwo zaspakaja się każdym gestem, który niesie w sobie choćby promyk miłości, ale, gdy dochodzi do poziomu, gdzie potrzebuje już jedności, wtedy ma większe wyzwanie dla swej świadomości, która, rozrastając się, ukazuje jej przestrzeń, w której, wcześniej musi najpierw dokonać pełnej transformacji, by utorować sobie drogę do odczucia jedności. Nie satysfakcjonuje jej też chwilowe odczucie, chce pełnej jedności i zrobi wszystko, aby światło znalazło w niej prostą drogę do swej pełnej emanacji. Co jest już naprawdę dużym wyzwaniem, bo dusza chce tego wobec każdej jednej energii, z która wchodzi w kontakt. Niestety, jak się często okazuje, by wejść w jedność z drugą duszą musi nagimnastykować się bardziej, niż zakładała to w początkowym zamierzeniu. Dusza, którą do tego wybiera musi najpierw wzrosnąć do jej poziomu, co bywa nieco kłopotliwe, gdy trafia się na duszę, pasująca do naszego zadania, a okazuje się, że znajduje się na drugim krańcu częstotliwości wibracyjnych. I weź ją teraz stamtąd wyciągnij?

Oczywiście można zawsze porzucić taką duszę porzucić i szukać sobie łatwiejszego obiektu, bardziej z nami zharmonizowanego, z bliskich nam poziomów, ale jakie to wyzwanie dla duszy, która nie musi nic robić, nic przemieniać, aby wejść w jedność. Trochę słabe. Zabawa rozpoczyna się dopiero wtedy, gdy, aby wzrosnąć trzeba rozwinąć siebie w przestrzeniach, w których mamy odnaleźć drogę światła dla duszy, z którą mamy wejść w jedność. To jest dopiero rozwój, a im niżej znajduje się dusza, po która schodzimy, to i nieźle trzeba się nagłówkować, jak ją stamtąd wyciągnąć, a wyciągnąć można tylko w jeden sposób, trzeba przyjąć jej stan na siebie i w wtedy, w przestrzeni, na którą rozciągamy świadomość dokonać pełnego, własnego rozwoju, aby stać się dla niej światłem inspiracyjnym, inaczej, kompletnie nie zrozumiemy, o co jej chodzi, jakie ma problemy i czemu się uparła, by tkwić w ciemności.

Niektóre dusze, które wybrały sobie takie, ambitne zadanie do dziś siedzą na niskich poziomach innych dusz, męczą się, by je przekonać do wyjścia i zmiany postawy, oświecają je poprzez seks, użalają się nad nimi, złoszczą, walczą z nimi, by je skłonić do rozwoju, denerwują się na nie i w końcu je porzucają, gdy nie widzą już sensu, by taką duszę prowadzić do światła. Trzeba wziąć bowiem pod uwagę, że ta dusza też może mieć podobne zadania wobec innych dusz i wtedy to jest dopiero problem, bo jak tu się rozwinąć, by prowadzić tę dusze i jeszcze stado, które ona ciągnie do rozwoju. Dlatego, gdy popatrzycie na wielkich mistrzów i ilość ich uczniów, uśmiechnijcie się do skali zadania tej duszy, bowiem pośród nich jest jedna, którą wybrali zapewne w początkowym stadium zadania, a po drodze zobaczcie ile uzbierali dusz, by z tą jedną móc doznać jedności. Co jest jak najbardziej możliwe, o czym mistrzowie doskonale wiedzą.

Pozdrowienia dla wszystkich ambitnych dusz:))