W lustrze cudzych niedoskonałości


Aby móc podążyć dalej, trzeba pozbyć się wszelkiego balastu, który trzyma nas na określonym poziomie wyobrażeń. Jeśli tego nie zrobimy, ów balast będzie z czasem ciążył nam coraz bardziej i bardziej, aż w końcu stanie się nie do zniesienia i to nie tylko dla nas, ale i dla całego otoczenia, które nim skrupulatnie obciążamy, niby to dzieląc się z nim naszymi troskami i kłopotami.

Niestety, samo podzielenie się problemem nie załatwia sprawy, problem nie zniknie, bo komuś o tym powiedzieliśmy, ale nam samym jak najbardziej może zrobić się lżej, oddaliśmy przecież innym to, co nam ciąży i jeśli inni zechcą z nami dzielić nasze troski, poniosą z nami nasz bagaż, litując się nad naszym losem, ale może zdarzyć się i tak, że otoczenie powie nie, odmówi pomocy i odsunie się od nas widząc, jak ciężki przytłacza nas los, co też jest zrozumiałe, bo dlaczegóż niby otoczenie miałoby chcieć go z nami dzielić?

Gdy nasza świadomość wzrasta na tyle, iż zaczynamy widzieć w swym otoczeniu lustro, wykorzystamy każdy szczegół z tego, co dostrzeżemy w naszym otoczeniu do własnej, wewnętrznej przemiany. Gorzej jest, gdy tego nie dostrzegamy i dajemy się wciągnąć w cudzą grę, której nie tylko stajemy się obserwatorem, ale i uczestnikiem, nieświadomie przenosząc wiele jej elementów do swojego życia, co już nie jest zabawne, bowiem, cudzym losem, jak chorobą, można się dosłownie zarazić. Na szczęście, jedynie w obszarze, gdzie podlegamy jeszcze nieświadomemu oddziaływaniu, co jest już bardziej pocieszające, niestety, zła wiadomość jest taka, iż przez większość życia, tak naprawdę większość z tego, co na nas wpływa pozostaje poza zasięgiem naszej woli i świadomości. I to także ma swój sens, bowiem, gdyby nie taki układ, nigdy byśmy nie zanurzyli się w tę rzeczywistość, a musimy tego dokonać, by przejść w całości tę grę.

Dostrzegając lustro w naszym otoczeniu, trudno jest się czasami pogodzić z tym, co w nim dostrzegamy, a dostrzec można jedynie to, na co lubimy patrzeć w sobie, co jest bardzo przyjemne dla naszego oka lub to, co nas drażni, ale tylko w naszym otoczeniu. Przecież w życiu nie przyznamy, że drażni nas w innych to, co nam przypomina, że jesteśmy tacy sami, gdy mamy na swój temat lepsze zdanie. Nie zdajemy sobie, niestety, w takich chwilach sprawy z tego, że to dlatego nas, to drażni, bo widzimy w tym jakąś część siebie, której staramy się wyprzeć, wolimy uznać, że jest wręcz odwrotnie i drażni nas dana rzecz, bo nie jesteśmy tacy, jak ci, których zachowanie lub postępowanie nas drażni. Tylko, skoro jesteśmy tak dobrzy, tak pozytywni, tak skromni, wspaniałomyślni, współczujący, kochający i och, ach, dlaczego nas w ogóle drażni, że ktoś taki nie jest? Czyż nie powinniśmy w takich chwilach wykazać się empatią i zrozumieniem. A nas to drażni, ba, nas to potrafi nieźle wkur…, doprowadzać do wściekłości i chęci mordu, co oczywiście nie zmienia naszego mniemania o sobie, iż jesteśmy pozytywni, kochamy życie i wszystkich ludzi na świecie.

Czyż nie ma większych hipokrytów od nas samych, gdy oszukujemy się wmawiając sobie, iż jesteśmy pozytywni, zapominając o swej drugiej stronie. A ona co, gryzie?

Dlaczego boskość, tak często, w naszych wyobrażeniach ma tylko jedno oblicze, dobre? Co z drugą stroną medalu, nie ma jej? W sumie…, jeśli uznajemy przecież, że czegoś nie ma, to nie ma. Kto nam wmówi, że to jest? Na siłę, nikt nam niczego nie wmówi i nie ważne, co myślą inni, ważne, co myślimy przecież my sami, ale czy dobrze? Tu już mało istotnym jest to, jakie sami popełniamy błędy myślowe, nasz błąd i nic nikomu do tego. W lustro zaś nie musimy patrzeć, do tego też nikt nas przecież nie zmusi.

Pytanie zatem do was: w którym momencie zmieniacie zdanie? I co sprawia, że je w ogóle zmieniacie? Hmm…do zastanowienia.