Blog


W poczuciu wewnętrznej tożsamości

Nigdy nie było dla mnie problemem, określić, KIM JESTEM, po prostu to wiedziałam. Większym problemem dla mnie było zawsze, jak to objawić? Jak ukazać w moim spojrzeniu, w głosie, sposobie bycia, to, kim jestem? – zastanawiałam się w duszy.

Dlaczego to był taki problem? Ano dlatego, iż miałam wrażenie, że wszystko mi w tym przeszkadza. Chciałam coś zrobić, w jakiś sposób, a robiłam inaczej. Chciałam coś powiedzieć, w jakiś sposób, a mówiłam tak, iż długo się później zastanawiałam, dlaczego to, akurat tak powiedziałam? Jakbym to nie była ja. Czułam się wręcz, jakbym była zamknięta w jakiejś kukiełce, która postępuje według swego widzimisię. Ta kukiełką było moje ciało. Nie słuchało mnie kompletnie. Dosłownie reagowało po swojemu na otaczający mnie świat, ludzi, a ja nie wiedziałam, co mam z tym zrobić? Przynajmniej, początkowo. 

Nie, nie miałam żalu do ciała, że jest zaprogramowane karmicznie i rodowo. Obarczone historią rodu ojca i matki. Gorszy problem widziałam w tym, iż to ma nade mną kontrolę. Decyduje o tym, co mam jeść, jak wyglądać, jak reagować. Czułam się mu podporządkowana. Jego nawykom, skłonnościom, upodobaniom, które nie były moimi, duszy upodobaniami, tylko podporządkowane jakiemuś programowi we mnie. A ja czułam się bezradna. 

- Co mam z nimi zrobić? – pytałam siebie. – Jak mam z tym pracować? I wiecie, co? Jedyne, do czego dochodziłam, zawsze była jedność. Jedność z tym, z czym walczyłam. Jedność z moimi nawykami, upodobaniami. Jedność z emocjami, które mnie czasami gasiły, uczuciami, które sprawiały, iż płonęłam ogniem lub stawałam się niecierpliwa. 

To było moja drogą do siebie. Jedność. Bowiem, gdy wchodziłam w jedność z daną energią, od razu przyjmowałam jej właściwości i zaczynałam je rozumieć. Rozumieć to, na jakich zasadach funkcjonuje ta energia, jak działa, co ją zmienia, przekształca i w jaki sposób się to dzieje. 

Ja nie tylko wchodziłam w jedność, wręcz stawałam się tą energią. Od tego też momentu, patrzyłam na świat jej oczami. A tych oczu z czasem przybywało, aż w końcu chciałam popatrzeć na świat z punktu, który by obejmowało wszystkie te wewnętrzne oczy, z poziomu mojego wewnętrznego Ja, mojego źródła. I stało się, połączyłam się w jedność z sama sobą.

W końcu mogłam odetchnąć, wróciłam do siebie. Przestałam czuć się obco w ciele, obco wśród ludzi. Wręcz przeciwnie, dzięki umiejętności wchodzenia w jedność, moje relacje stały się wręcz fascynujące. Choć nie każdy był na to otwarty. I dobrze. Gotowość też ma swoją przyczynę. Powód, dla którego objawia się we właściwym momencie. A ja to szanowałam. 

Czasami musiałam naprawdę długo czekać, aż odnajdzie mnie kolejna, gotowa na jedność dusza. Sama jedynie wysyłałam sygnał mojej wewnętrznej gotowości. I tyle. Nie robiłam nic więcej. Czekałam. A raczej, zajmowałam się wieloma innymi sprawami, zapominając często o wysłanym wcześniej sygnale. A gdy się już pojawiała taka dusza, uśmiechałam się i przyjmowałam jej dar, to, czym chciała się ze mną podzielić, udostępniając jej moją esencjonalną energię. Dzięki zaś świadomości tego, co mam do zaoferowania, mogłam z ciekawością obserwować, czego szuka we mnie druga strona. Jakiej informacji. Jednakże, bez względu na to, co to było, sama obserwacja tego procesu, była wręcz niezwykłym doświadczeniem. Wiecie, jednak, jak to jest? Na początku, zjawisko, które obserwujemy, może wydawać nam się niezwykłe, zaś z czasem, gdy po raz kolejny je oglądamy, staje się naturalne, normalne. Dlaczego? Bo umiemy w nim przewidzieć przebieg poszczególnych faz. I takim też stał się proces dochodzenia do jedności. Już nie obserwuję go z zapartym tchem, nie przeżywam całą sobą. Po prostu się dzieje. Czasami, na chwilę odwrócę wzrok do wewnątrz, uśmiechnę się i nadal robię swoje. Czasami zwrócę na dłużej uwagę. Czasami biorę w tym aktywny udział, a czasami sama to inicjuję. Dzięki temu, nauczyłam się przeżywać każdą, dziejącą się we mnie i poza mną, chwilę. Wszystko jest bowiem jakimś procesem, jakimś, zachodzącym we mnie lub na zewnątrz, zjawiskiem. Wszystko może być zatem fascynujące lub naturalne. I tylko własna pozycja sprawia, to, z jakiego punktu na to patrzymy, iż, albo bierzemy w tym aktywny udział, albo to jedynie obserwujemy. 

2020-05-11

Siła wewnętrzna

Ci, którzy są silni duchem, nigdy nie tracą z oczu celu. Ich życie, nawet gdy wypełni się cierpieniem, nie straci sensu w ich oczach. Mogą utracić wszystko, a i tak się nie poddadzą. 

Ci silni wewnętrznie ludzie doskonale wiedzą, jak ważnym jest, by znać przede wszystkim siebie, swoje słabe i silne strony. Doskonale wiedzą, iż ich nauka trwa przez całe życie, ich podróż nigdy się nie kończy. Nie płaczą więc, gdy na chwilę zbaczają z kursu, zaś na końcu dostają małe lanie od życia. Zbierają się w sobie, wstają z kolan, mówią, trudno, zdarza się. I idą dalej. Oni też są dla nas najlepszym przykładem. Z nich czerpiemy największą inspirację. I uwielbiamy patrzeć, jak walczą, jak się nie poddają. Uwielbiamy ich też zagrzewać do owej walki, uśmiechając wraz z nimi, gdy osiągają kolejny etap swojej podróży. 

A nawet wtedy, gdy widzimy, iż następuje zwątpienie, potrafimy wesprzeć taką osobę, mówiąc do niej: wstań! Nie poddawaj się, dasz radę! Dlaczego? Ano dlatego, że kochamy silnych wewnętrznie. Kochamy ich charyzmę. Przy nich łatwo wzrastamy. Ale, miewa to także swoją ciemną stronę. To moment, gdy ci silni duchem zaczynają czuć się zbyt pewni siebie, zbyt pewni swojej siły, a ta prowadzi ich do pragnień o dominacji. I jeśli ulegną im, to, co wydawało się w nich tak bardzo inspirujące, staje się niszczycielskie dla tych, którzy chcą za nimi podążać. 

I nie odnoszę się jedynie do władzy, sami także czasami przeceniamy swoją siłę wewnętrzną. Także potrafimy stać się tyranami lub przyzwalamy na tyranię wobec siebie. Także się w niej potrafimy zagubić, w sposobach jej używania i używania jej przez innych, także i wobec nas. 

Tak łatwo jest się nam czasami zagubić…

Patrząc na to, co się dzieje wokół, owo zagubienie stało się ostatnio niezwykle widoczne. Aż chce się zapytać: i co teraz? Co z naszą wewnętrzną siłą? Przeceniliśmy ją? Czy wręcz przeciwnie, to dopiero teraz poczuliśmy, jak jest ogromna, jak ważna dla nas. 

Czujecie ją w sobie? Wzrasta w was, czy to, co się dzieje, skutecznie was jej pozbawia?

Zależna jest od innych? Czy wynika z waszej świadomości i nigdy, nic was jej nie mogłoby pozbawić? Jaka jest wasza siła? Macie jej świadomość?

2020-05-07

Komplement dla samego siebie

Możesz przeczytać tysiące książek i nadal czuć się samotnym.

Możesz obejrzeć wiele filmów o miłości i nadal do niej tęsknić.

Możesz przebyć wiele mil, odwiedzić wiele miejsc, a nadal mieć poczucie, iż nikt na ciebie nie czeka i nie masz tak naprawdę miejsca, gdzie chciałbyś wrócić. 

Czy nasze myślenie może na zwodzić? Na każdym kroku. Cóż bowiem z tego, że nauczyliśmy się myśleć pozytywnie, skoro nadal myślimy w naiwny sposób, nadal jesteśmy głupi w swym postepowaniu. Pozytywność wcale nie oznacza przecież, iż jednocześnie stajemy się mądrzy, przestajemy być naiwni i nigdy nie popełnimy błędu. Ma ona jednak w sobie coś, co sprawia, iż nawet nasza naiwność jest dla nas bardziej strawna, głupota lepiej wytłumaczalna. I nie ważne, że zabrakło nam rozsądku w chwili podejmowania decyzji czy też podjęcia jakiegoś działania, ważne, że robiliśmy to z uśmiechem, dobrym nastawieniem. Następnym razem wyjdzie nam przecież lepiej. Jest też wspaniałym lekarstwem na chandrę. Wystarczy, iż ktoś się do nas uśmiechnie, powie nam coś miłego. W takich chwilach nawet jeden komplement może zdziałać cuda. Nie oznacza to, iż od razu zmieni się całe nasze życie, ale… podobno ruch skrzydeł motyla… dlaczego i to nie miałoby rozpocząć w nas fajnego procesu? 

Pamiętacie, jak wiele dobrego potrafiła w nas zdziałać, w dzieciństwie jedna pochwała? Jak wspaniale się czuliśmy, gdy ktoś nam powiedział, jacy jesteśmy wspaniali? Jacy to są z nas inni dumni. I nie ważne, kto, czy to rodzic, czy nauczyciel. To zawsze działało. Zawsze wtedy rośliśmy. Ba, jacy, my sami potrafiliśmy być wtedy z siebie dumni. 

Czy nadal to słyszycie? Bywacie z siebie dumni? Uśmiechacie się, gdy słyszycie to od innych? Czy już dawno daliście sobie spokój, bo…po co zabiegać o względy innych? 

Jak kształtujecie swoje poczucie własnej wartości? Dzielicie się swoimi sukcesami, opowiadacie innym o tym, co udało wam się osiągnąć? Czy wolicie nic nikomu nie wmówić, bo po co wzbudzać zazdrość. Tulicie czasami samych siebie?

2020-05-06

Prosta droga do prawdy

Jakkolwiek wiele pytań byś nie zadał na temat prawdy, gdziekolwiek lub w czymkolwiek jej nie poszukujesz, nie oznacza to, iż od razu do niej dotrzesz, bo zadałeś wiele pytań. Ale na pewno, zadając wiele pytań, możesz uzyskać wiele odpowiedzi, które cię do niej przybliżą lub od niej oddalą. Czy to cię usatysfakcjonuje? Zapewne nie. Bowiem, odkrywanie prawdy, wcale nie pogłębia ilość dróg, lecz odwrotnie, wszystkie je skraca, pozwala odrzucać wiele koncepcji, jak i chęć pomnażania ich oraz dostrzegać iluzję tworzoną przez umysł. A gdy już je odrzucimy, droga do prawdy okazuje się niezwykle prosta i nagle widzimy, iż cały czas mieliśmy ją przed sobą, a to tylko nasz umysł potrzebował ją ubarwić, wydłużyć, nadać jej pojęciowe znaczenie. My zaś się temu po prostu poddaliśmy, bo jak to tak, to wszystko, co nas otacza, miałoby być aż tak proste w swej formie i wyrażaniu? Za proste. Toż się zanudzimy na tej ścieżce. No to i komplikujemy sobie życie, by się po prostu nie nudzić. Jak to my…ludzie…

2020-01-14

Niszczycielska siła pragnień

Człowiek, który gnany jest pragnieniem, zrobi ze swej strony wszystko, by go spełnić. Często nieświadomy nawet, co go gna, ale będzie go czuć, choćby w głębi siebie i będzie odpowiadać na ten zew, posuwając się cały czas do przodu, chcąc go spełnić. Czasami będzie sam sobie zadawać pytanie, gdzie ja właściwie podążam? Po co robię tę właśnie rzecz? Po co wchodzę w tę właśnie relację? Po co mi to wszystko? Po co prowokuję los? Ale będzie szedł jednocześnie dalej. A co ciekawsze, będzie odrzucał każdy argument, który mógłby go zawrócić z drogi. Wyśmieje każde słowo, które usłyszy, iż to, co robi jest bezsensowne. Dla tej osoby ma to większy bowiem sens niż wszystko inne.
Jak myślicie, jakie pragnienie może człowieka zmienić do tego stopnia, iż wykorzysta każdą możliwość, czasami brnąc nawet na oślep do przodu i postępując bez zastanowienia. Jakie pragnienie potrafi być tak silne, iż dla jego spełnienia, oszukamy nawet tych, których kochamy, skłamiemy najbliższym, jak trzeba, dopuścimy się nawet złych czynów. Jakie pragnienie potrafi człowieka popchnąć nawet do zbrodni, a potrafi, jak sami wiecie. 
Zastanawialiście się kiedyś nad siłą swoich pragnień? Do czego potrafiła was skłonić chęć ich spełnienia? Za wszelką cenę, działając na oślep, ponosząc koszty większe niż gotowi byliście w normalnych warunkach ponieść. Doświadczyliście kiedyś destrukcyjnej siły swoich pragnień? I co zrobiliście, by nad nimi zapanować? Rzuciliście się na oślep w ich spełnienie czy potrafiliście jednak zapanować nad sobą. Powiedzieć sobie, nie rób tego! Nie idź tam, nie pozwól tej osobie na to! Nie ulegnij! Co robicie, by nie dać się im wciągnąć, ulec ich destrukcyjnej sile. Szczególnie w świątecznym okresie.

2019-12-21

Droga świadomością kierowana

Gdy docieramy do końca jakiejś drogi, często czujemy zmęczenie. Nie zawsze, oczywiście satysfakcję, bowiem, finał nie musi wcale oznaczać, iż coś nam wyszło, jednakże, bez względu na to, jak potoczyła się droga, jej koniec zawsze przynosi ulgę. Ot, możemy się w końcu zatrzymać, pozwolić, by opadł z nas kurz, nazbierany po drodze. Pozwolić sobie na regenerację sił, bowiem, choć, to koniec jednej drogi, za chwilę, zapewne, rozpocznie się dla nas kolejna. Pojawi się przed nami kolejny cel. 

Bywają jednak takie drogi, którymi kroczymy nieświadomie, nawet nie wiedząc, że nimi kroczymy i dopiero na koniec, gdy docieramy do finału, dociera do nas, że to była droga. Że to, co się działo w trakcie było ważnym procesem, uświadamiania sobie, np. na co potrafimy przyzwolić innym, by ukazali swoje prawdziwe oblicze, prawdę o swoich intencjach. Jeśli dojrzymy wtedy też prawdę w sobie, czyli to, czym my się kierowaliśmy w trakcie tej drogi, ulga może zamienić się w piękny proces, rozwoju świadomości o sobie i innych. Ale to się zdarza rzadko, częściej widzimy cudze grzechy, dostrzegamy winę tylko po drugiej stronie. Lub przyjmujemy ją w całości na siebie, usprawiedliwiając cudze poczynania, gdy nam to pasuje do ukojenia własnego sumienia. 

Zdarza się też, że wstępujemy na daną ścieżkę całkiem świadomie, jasno sobie wyznaczając cel, iż chcemy coś zrozumieć, uzdrowić, wybaczyć, pojąć, dlaczego postępujemy w ten a nie inny sposób. I wtedy, gdy docieramy już do celu, ukazuje się nam cały obraz, zarówno naszego w niej udziału, jak i każdej zaangażowanej weń strony.  Wtedy też, dzieje się w nas mała magia, bowiem jest to też moment, gdy docieramy w sobie do punktu równowagi, gdy mamy poczucie pełnego zrozumienia dla siebie i otaczającego nas świata. Gdy, bez względu na to, jak się zachowała druga strona, w nas nie pojawia się nawet najmniejszy żal czy pretensja. To moment naszego zrozumienia i takich momentów nam życzę na te święta jak najwięcej. 

2019-12-20

Krok, którego nie można dać na przód

Czasami robimy krok do przodu i myślimy sobie, hm, jest fajnie. Nic mnie nie trzyma, mogę zrobić ten krok swobodnie, ale nagle okazuje się, że robimy kolejny krok a potem kolejny i już nam nie idzie tak łatwo, jak na początku. Coś nas ewidentnie hamuje, coś nas blokuje, coś się nas trzyma lub my coś ciągniemy za sobą, ewentualnie próbujemy iść, z uwieszonym naszych ramion bagażem, myśląc często, dam radę, jestem silny. 

Gorzej, gdy to, co się uwiesiło się na nas, zachowuje się bardzo iluzyjnie, czyli tworzy w nas przekonanie, że my to sami z siebie chcemy to dźwigać. A bo to taka dobra sierotka, bo nam szkoda, bo lubimy, bo trzeba temu pomóc, bo samo sobie nie da rady. Bo jakże będzie cudownie, gdy już pomożemy i to nam podziękuje, wyrazi swoją wdzięczność, na przykład w postaci uczuć. A tymczasem, wystarczy właśnie dać krok do przodu, by poczuć, jak silnie nas to hamuje. Ciągnie wręcz do tyłu, wciąga w swój świat manipulacji, przekonań, że jeszcze chwila, bo muszę kogoś pokonać, bo muszę coś komuś udowodnić, bo muszę się jeszcze wykochać, wybawić, coś przeżyć, czegoś doświadczyć. A ty masz czekać. Tylko, na co? Aż ta dusza skończy? Aż w końcu dojrzeje do zmiany, aż jej czyny pokryją się z obietnicami?

Ale czekamy. Zauważyliście, że w większości przypadków, czekamy na tę energię. I się łudzimy. I dajemy kolejną szansę. I szukamy wręcz dla niej i za nią rozwiązań. A taka dusza coraz bardziej włazi nam na plecy, coraz mocniej się uwiesza i z każdym krokiem, coraz mocniej ciągnie w dół.

Mieliście tak kiedykolwiek? Kogoś, komu pozwoliliście się na sobie uwiesić, kogo chcieliście zbawiać, pomagać na siłę, ciągnąć w rozwoju lub przez życie, wyciągać, gdy to wcale iść nie chciało, tylko chciało być niesione. I my taką duszę rzeczywiście niesiemy na sobie. A gdy stawiamy na ziemi i mówimy, przecież możesz iść sam, to się zaczyna demonstracyjnie wręcz przewracać, jęczeć, że nóżki bolą. Choć jakoś nie bolą, gdy gnają tę duszę pragnienia, tylko właśnie, teraz, gdy chcemy, by szła sama i sama ponosiła konsekwencje swoich wyborów.

Bagaż, który czasami potrafimy nieść na sobie, potrafi być naprawdę ogromny. I wierzcie mi, nie zdejmiemy go z pleców, do póki jest w nas choć odrobina sił i przekonania, że damy radę. Będziemy dźwigać, bez względu na to, co to jest, czy odpowiedzialność za innych, czy jakaś konkretna osoba, czy też własne przekonanie lub powierzona nam misja, że tylko my i tylko my damy radę tej duszy pomóc.

Pytanie zatem dla was, dużo macie jeszcze sił? Dajecie jeszcze radę? Czy ktoś już z was dotarł do swojej własnej granicy wytrzymałości, otrzepał się i powiedział, no nie, chyba mi odbiło, że tyle tego dźwigam. Doświadczyliście kiedyś stanu wyzwolenia ze swoich własnych pragnień i przekonań, że dacie radę, za siebie i innych?

2019-12-19

Myśl czy słowo

Czasami, zanim coś powiemy, w naszej głowie potrafi rozegrać się prawdziwa wojna. Jedne myśli rozgramiają inne, czasami kotłują się wręcz ze sobą, czasami pędzą jak szalone, doprowadzając momentami do stanu, gdy już sami nie wiemy, czego my właściwie chcemy? I choć z jednej strony, odczucie kotłujących się, splątanych myśli nie jest przyjemne, zauważcie, że lepiej, jeśli to tam się właśnie rozegra wojna, niż gdy zostają czasami wypowiedziane. Choć tu, pewnie, niektórzy się nie zgodzą i powiedzą, że człowiek musi sobie jednak ulżyć, szczególnie, gdy dość długo gromadzi się w nas chęć powiedzenia komuś jakiejś prawdy. Takiego wygarnięcia wprost, takiego, by poszło normalnie w pięty. Aż, jak wtedy jest nam dobrze, ach, jak sobie wtedy ulżymy, gdy, tak dobitnie, z taką cudowną precyzją trafimy w środek cudzego, według nas, błędnego myślenia. Ach, jacy wydajemy się wtedy sobie wielcy, jak wzrastamy w swoich oczach. A jeszcze, gdy nam inni zaczynają bić brawa…, ach, to już w ogóle, nic tylko zasiąść na tronie i głosić.  
Co, jednak, gdybyśmy najpierw spróbowali rozstrzygnąć spór w sobie, gdybyśmy to, co tak zbiera w nas, czasami nawet długo, zneutralizowali i stwierdzili, po co się kłócić, po co walczyć, po co walić prawdą między oczy? Potraficie tak? Pytam was, bo to czasami jest naprawdę trudne. Potraficie zatrzymać w sobie, swoje kotłujące się myśli? Uspokoić bałagan mentalny, toczące się spory na argumenty, które, zauważcie, gdy wypowiadamy je w głowie, zazwyczaj są nie do podważenia. Jak to jest w waszym mentalnym świecie? Gadacie do siebie? Sprzeczacie się ze sobą czy jednak, czasami musicie sobie ulżyć i wdajecie się w jakąś dyskusję. Nie ważne, oczywiście, kto wtedy ma rację, chodzi o to, by zeszło ciśnienie z duszy. By coś powiedzieć, bo jak człowiek nie powie, to normalnie…
Jaką moc mają zatem wasze myśli? Większą niż słowa, które wypowiadacie? Może zapytam inaczej, myślicie, zanim coś powiecie? Czy nie zawsze, bo, oj tam, czasami człowiek musi coś powiedzieć, a że bez zastanowienia, no trudno, później jedynie trzeba się wytłumaczyć. 
Jak to jest zatem z waszą mentalnością? Najpierw długo myślicie czy od razu mówicie, co u was jest pierwsze?

2019-12-02

Wolność czyniona dla siebie

Z kimkolwiek tworzymy w życiu jakiś rodzaj relacji, choćby trwała ona tylko przez chwilę, tworzymy więź. Czasami może być ona słaba, nawet nie zauważalna, ale jednak się stworzyła między nami. I choćby w setnej procenta, będzie mieć jednak jakiś wpływ na nas. 
Zdarzają się też relacje głębsze, których więź jest bardzo silna, i które jest trudniej rozerwać, choć byśmy nie wiem, jak się starali. I to o tym chciałam dziś napisać. A może bardziej o tym, jak trudno jest się czasami od kogoś oderwać lub dać komuś wolność. Jak trudno jest czasami powiedzieć komuś nie, gdy widzimy, że dla tego kogoś jesteśmy jedynie lekarstwem na ból duszy i tylko tym. I nie ma w tym niczego więcej. 
Nieświadomi, będziemy się w takich relacjach szarpać latami, świadomi, odejdziemy w jednej chwili, bez sentymentu, bez zbędnych formalności. Inaczej, skończy się ona rozczarowaniem. A tak się dzieje najczęściej, gdy w pewnej chwili patrzymy i nie wiemy, co my w ogóle robimy w tej relacji, nie wiedząc, w którą w ogóle stronę to zmierza? I kim my w zasadzie jesteśmy dla tej drugiej strony?
I tu zaczyna się nasze zadanie. Bowiem, choć już wiemy, że coś jest nie tak, że to nie to, to, sami powiedzcie, czy potrafimy powiedzieć, nie? Czy potrafimy sami siebie uwalniać z takich relacji? Czy trzeba aż kogoś zranić, by móc odejść? Czy można powiedzieć sobie, przecież jestem wolna. Dałam z siebie tyle, ile mogłam dać i wzięłam tyle, ile byłam gotowa wziąć i pójść dalej wolno. Przecież jestem wolna…
Ale, czy na pewno? 
Dlaczego więc pozwalamy innym do nas powracać? Dlaczego, choć mówimy, nie, i tak się godzimy na czyjąś obecność w naszym życiu, na krzywdzące zachowanie?
Przyzwyczajenie? Słaba wymówka. Strach przed odejściem tej osoby? Już lepiej. A może to my sami chcemy jeszcze coś coś w sobie zaspokoić za przyczyną tej osoby, jakieś pragnienie. A może pragnienie jest w nas tak silne, iż to my sami nie dajemy sobie odejść z danej relacji. A możemy za dużo mamy do stracenia i lepiej już się męczyć niż poszukać innego sposobu na zaspokojenie swoich pragnień. 
Co w nas, zatem, jest takiego, iż nie możemy/potrafimy odejść? Czego wciąż poszukujemy w tej drugiej duszy, iż dajemy jej prawo wracać lub tkwić przy nas latami? A co, jeśli tego, czego szukasz, ta osoba, wcale nie mam ochoty ci dawać, zaspakajać? Co wtedy? Obrazisz się na nią lub ona na ciebie, jeśli to ciebie dotyczy? Wymusisz to na niej, weźmiesz to od niej na siłę?  
Mam pytanie zatem do was:
Czym jest dla was emocjonalna wolność, mentalna lub uczuciowa? Udało wam się kiedyś poczuć, tak naprawdę poczuć wolnymi od zależności, od innych? Być pośród innych i odchodzić, gdy czujecie, że tak, że to już czas, nic więcej już tu nie zdziałacie lub wtedy, gdy czujecie, że robicie to dla siebie, bo po prostu chcecie czegoś innego? 
Potraficie odchodzić dla siebie?

2019-11-12

Poczuć siebie

Jeśli jeden człowiek zdolny jest osiągnąć jakiś poziom świadomości, praktycznie, każdy z nas może go osiągnąć. Podobnie jest ze zrozumieniem, ale nie tylko. Podobny poziom możemy osiągnąć w również i w różnych stopniach natężenia emocjonalnego, zarówno zrozumienia, jak i niezrozumienia. Gorzej na poziomie fizycznym, ale, jak się okazuje i tu, wielu wyznacza jakiś kanon piękna, inni zaś próbują się do niego zbliżyć. Co oznacza, że nie ustanie się do siebie nawzajem upodabniamy, jakbyśmy byli w ciągłej fazie testowania, sprawdzania, co nam to da, co na tym zyskamy lub testowania stanu zaspokojenia naszych pragnień. I choć jesteśmy różni, jedyni w swoim rodzaju, jak samu uważamy, to, patrząc na nas tak ogólnie, to jesteśmy w zasadzie mieszanką siebie nawzajem. Tym, co nas w zasadzie różni, to nasz własny sposób widzenia siebie i innych. Dlatego tak bardzo mocno potrzebujemy rozróżniania do pewnego momentu, nazywania czegoś: moje, Ty, twoje, nasze, wasze. I wystarczy moment, gdy pośród różnic, zaczynamy dostrzegać, że, o, tu jesteś bardzo do mnie podobny, tu myślisz tak, jak ja. I coś się nagle mienia w naszym postrzeganiu, gdy nagle widzimy, iż wcale się tak mocno od siebie nie różnimy, a nawet możemy poczuć jedność między sobą. Poczuć siebie nawzajem. Dosłownie poczuć, jakbyśmy byli jednym. I choć nadal zachowujemy przez jakiś czas poczucie odrębnoci, coś nas jednak zaczyna ciągnąć do owej jedności, poczucia wspólnotowości, poczucia, że nie jesteśmy sami, bycia z kimś w harmonii. I to nie tylko, jeśli chodzi o innych, ale przede wszystkim w jedności z sobą, bo to tu najbardziej czujemy się oddzieleni. 
To mam zatem pytanie do was, jak bardzo czujecie się w sobie i z sobą w jedności? Którego miejsca w ciele dotykacie, gdy mówicie, Ja. I dlaczego wasza noga, ręka, palec, to nie wy, tylko mówimy, moja ręka, noga, palec. Coś, co należy, owszem do was, ale czy kiedykolwiek dotykając głowy, powiedzieliście, o, to ja. Czy raczej, moja głowa. I co by się musiało stać, byście określili siebie jak całość, wskazując na siebie, to jestem Ja.
Poczuliście kiedykolwiek siebie świadomie, choć przez chwilę?

2019-11-08

Ty i Ja, jedno

Wrażliwość człowieka pozwala mu odczuć subtelne różnice pomiędzy tym, co dobre i złe, piękne i brzydkie, krzywe i proste, jednakże, dopiero odniesienie do tego, sposób, w który to interpretujemy, pokazuje nam, jak daleko odeszliśmy w sobie od punktu, który pozwala nam ujrzeć całość tego, na co patrzymy. A wrażliwość potrafimy mieć naprawdę silnie rozwiniętą i tam, gdzie jedni widzą ciemność, inni widzą piękną kompozycję, złożoną z gry światła i cieni. I nie ma w tym, tak naprawdę niczego złego, w właśnie sposobie patrzenia jednej i drugiej strony. Każdy z nas, bowiem, widzi inaczej, patrzy na świat od swojej strony. Każdy z nas dostrzega też to, co mu akurat w duszy gra, co chce ujrzeć, niczym w lustrze. Jedne rzeczy będą nas zatem drażnić, inne zachwycać. Będziemy się denerwować, bo czyjeś zachowanie jest nie takie, jakie lubimy, by wyrażali ludzie w swoich postawach, inne, choć reszcie wyda się głupie, na akurat wyda się piękne i mądre. I w tym także nie ma niczego niewłaściwego, w tym właśnie sposobie patrzenia i interpretowania tego, co widzimy. Bo to jest nasz punkt doświadczeń, w tym miejscu pobieramy naukę. Tu się przekonujemy, dokąd nas prowadzi, nasz sposób postrzegania siebie, ludzi i otaczającego nas świata. Tu nabieramy swoich własnych przekonań, tworzymy nowe poglądy, uznajemy ich słuszność lub odbieramy im moc. Tu ściera się w nas wszystko, co sprzeczne i układa to, co odnalazło w sobie harmonię. Dlatego też, choć możemy się nie zgadzać, możemy mieć inne poglądy, uznawać inne wartości, zarówno Twoje i Moje patrzenie na świat, jest jedynie naszym indywidualnym doświadczeniem, naszą indywidualną interpretacją tego, co widzimy, czujemy lub słyszymy. I jeśli sama daję sobie prawo, by zachwycać się czymś, to, choć wszyscy inni będą krzyczeć, że to nie tak, że powinnam inaczej, to wierzcie mi, nadal się tym będę zachwycać, bez względu na cudzą interpretację tego samego stanu rzeczy.

2019-10-31

Punkt równowagi

To, czego brakuje Tobie, szukać będziesz zawsze w innych. To, czego masz nadmiar, będziesz chciała się pozbyć, bo będzie ci zbywać. Ale, tak naprawdę, to, jak postąpisz ze swoim nadmiarem i brakiem zależeć będzie od twoich intencji. Jedną energią, możesz bowiem chcieć manipulować lub kupczyć, drugiej żądać, bo ci się należy, tak przynajmniej może nam się wydawać, gdy zaczynamy się jej coraz brutalniej domagać.  Ale, czy nam się rzeczywiście, przy takiej postawie, coś należy? 

Ktoś może się obrazić i powiedzieć, tak, ale ja się prosić nikogo i nic nie zamierzam.

Tylko, sami zauważcie, my nie umiemy wszystkiego, nie potrafimy wszystkiego zrobić. Nie mamy też czasu na wykształcanie, w jednym życiu, wszystkich zdolności i wyćwiczenie wszystkich umiejętności. A potrzebujemy i czujemy, że zasługujemy i chcemy i… zobaczcie sami, jaki czasami w nas żal, gdy czegoś nie dostajemy z samego tylko chcenia. To nas zdradza, nasza postawa, którą wtedy przyjmujemy. To właśnie ta postawa mówi, iż czegoś chcieliśmy, ale nasz sposób postepowania lub proszenia był tak mało świadomy, iż nawet nie zauważyliśmy, że nasza postawa, stworzyła wręcz efekt odwrotny, innych zaczęło po prostu od nas odrzucać. A to, by chciał ktoś nam coś dawać, także musi wynikać z chęci, dobrowolnej chęci tej osoby, nie zaś z przymusu, bo my chcemy.

Zadajcie sobie teraz pytanie, co robicie, gdy czegoś chcecie? A to, czego chcecie, chcecie właśnie od kogoś. Obrażacie się, podlizujecie, manipulujecie uczuciami lub emocjami? Jaka jest wasza najczęstsza postawa? Czy szukacie drogi dojścia do uzyskania tego, czego pragniecie, czy wręcz przeciwnie, unosicie się dumą i mówicie…dobra, nie ważne, poszukam gdzie indziej lub w ogóle z tego rezygnujecie. Potraficie przyjąć pokorną przyjmującą postawę?

Dlaczego o tym piszę? Ostatnio coraz częściej trafiam na postawę, typu, ja sama. Dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Jakby ostatnio aktywował się jakiś silny program, poradzę sobie sam/sama, nikogo nie chcę, Co, z jednej strony, może być dobre, bo może nauczyć nas samodzielności, ale zobaczcie, jak łatwo pójść tu w skrajność i obrażalstwo. Jak łatwo przedobrzyć z dumą i zamknąć się wręcz w sobie. Później zaś, przy takiej dumie, nie zyskujemy wcale na odwadze, a wręcz przeciwnie, doświadczamy coraz większego zamknięcia i coraz głupiej nam o coś poprosić. 

Zastanawialiście się kiedyś, właśnie nad tym, jak głupio jest wam o coś prosić i rezygnujecie już na starcie, bo nie jesteście w stanie się przełamać, snując w głowie milion scenariuszy, w których jest wam coś odmawiane? Dlaczego jedni zatem potrafią poprosić i dostać czego chcą, inni tkwią w swojej dumie i zobaczcie, jacy chodzą wkurzeni. 

Spróbujmy to jeszcze odwrócić, by ujrzeć pełny obraz. Sami dacie każdemu, kto was o to poprosi? Jesteście pewni, że nie? Zobaczcie, są osoby, którym damy od razu i nawet się oddamy. I jeszcze my będziemy prosić, by ten ktoś chciał wziąć. A inni, tym co najwyżej pokażemy figę z makiem. 

Widzicie już obraz? To teraz inne pytanie, gdzie w tym obrazie umieścilibyście siebie? Pomiędzy właśnie dawaniem a braniem. Umiecie już stanąć w punkcie równowagi?

2019-10-06

Doceniam, bo trudne?

Pragnąc pewnych rzeczy, osób, przeżyć, sytuacji, doświadczeń, potrafimy zadać sobie naprawdę dużo trudu, by to zdobyć. I gdy nam się w końcu udaje to osiągnąć, bywamy bardzo z siebie dumni, jednakże, często dzieje się tak, iż proporcje ulegają zaburzeniu i to nie osiągnięty cel staje się dla nas ważny, a włożony właśnie w niego wysiłek. 

Zauważyliście, co tak naprawdę wspominamy, gdy udaje nam się osiągnąć jakiś cel? Dokładnie, nie cel, a drogę, którą przebyliśmy. Trud owej drogi. Przeszkody, które pokonaliśmy po drodze. Cel nagle nam znika. On został osiągnięty, ale trud, wydaje się, jakby wciąż w nas żył. Jakby był ważniejszy od wszystkiego innego. 

Ostatnio zapytałam mojego znajomego i jak, zadowolony z osiągnięcia swojego wymarzonego celu? A on, tak, ale ty wiesz, ile musiałem się nad jego osiągnieciem napracować? I tu wysłuchałam godzinnej opowieści o trudzie. Nie o celu, tylko właśnie o trudzie. I gdy zaczęłam się temu przyglądać, nagle zaczęło przybierać to ogromną postać. Miałam wrażenie, iż każdy chce, by widać było, jak duży trud w coś wkłada. Jakby wszyscy bali się powiedzieć, coś im przyszło łatwo, lekko, przyjemnie.

Hm, aż mnie zastanawia. Wy też celebrujecie swój trud?

2019-10-01

Co zwraca naszą uwagę?

Gdy dzieją się różne rzeczy w naszym lub cudzym życiu, zauważcie, iż nie zawsze reagujemy na to emocjonalnie. Wiele rzeczy zwyczajnie zbywamy, omijamy wzrokiem, nie zatrzymujemy na nich, naszej uwagi. Jak się więc okazuje, nie jest dla nas problemem samo doświadczenie, w którym bierzemy udział, ale to, jak je odbieramy, interpretujemy.  A je już interpretujemy różnie. Jednym nadajemy tak duże znaczenie, iż stanowią dla nas koniec świata. Tragedię. Czasami wydają się wręcz nie do przeżycia, przejścia. - To ponad moje siły! – krzyczymy wtedy. - Nie rozumiem tego, jak to się mogło stać! Tragedia! Coś strasznego! Okropieństwo! 

Tylko, dlaczego nie krzyczymy tak, gdy dzieją się podobne rzeczy, które również obserwujemy i one są równie straszne jak te, które tak nami wstrząsnęły. Skąd w nas taka wybiórczość? Czyżby nasza wybiórczość miała w sobie jakiś cel? A może robimy tak specjalnie, by podkreślić w sobie znaczenie tego, co przeżywamy?

Podobnie jest z tym, co czytamy w internecie czy słyszymy w telewizji. Niektórych kompletnie nie razi to, że powietrze jest zanieczyszczone, że ludzie umierają z głodu, ale taka osoba aż krzyczy w swojej wypowiedzi, że ktoś się okazał nie taki, jak myślała ta osoba. I zobaczcie, jak dużą nadajemy ważność temu, co w nas znalazło silny odbiór. Co nas poruszyło. Ależ wtedy potrafimy krzyczeć. Domagać się sprawiedliwości, ukarania, napiętnujemy to wręcz publicznie, ale, choć obok nas dzieją się i inne straszne rzeczy, tamte jakoś nas nie obchodzą. Tamtymi niech zajmują się inni, nasz temat! O tak, nasz temat jest ważny. Bo on nas poruszył, bo on nas wzburzył. 

Powiedzcie mi zatem, jak sobie tłumaczycie jedne rzeczy, a inne aż w was grzmią i im nie odpuścicie. Zauważacie w ogóle wybiórczość tego, co was zajmuje?

Inie chodzi o definicje, co dzieje się z umysłem, ale o to, co wy sami zauważacie u siebie. Zastanówmy się nad własną uważnością. 

2019-09-18

Kroczyć po płatkach róż...

Dziś, gdy bardziej doświadczamy innych niż siebie, gdy nasza uwaga skierowana jest na zewnątrz, każda chwila, która kieruje ją w Twoją własną stronę, staje się bezcenna. I ten moment powinniśmy nauczyć się właśnie celebrować. Bo to moment tworzenia własnej, wewnętrznej świadomości. To moment, gdy możemy poczuć samych siebie, poczuć własne wewnętrzne piękno, poczuć własną duszę, miłość, która przez nas przepływa, a jeśli już chcemy patrzeć na zewnątrz niech to patrzenie płynie z serca, bo wtedy widać zupełnie inny obraz. Widać, jacy, tak naprawdę są ludzie wokół nas, jaka jest ich wrażliwość, jaka droga do ich wnętrz. I gdy się tak naprawdę popatrzy, przez pryzmat własnej duszy, nagle ukaże się wam nieznane. Ukaże się świat, w którym łatwo jest ujrzeć swój własny wewnętrzny obraz.

Nie oznacza to, iż mamy nie widzieć rzeczy, które nazywamy ,,złymi”, tylko, popatrzcie, je widzimy praktycznie wszędzie, przeżywamy je, komentujemy, czasami ekscytujemy, wyrażamy na ich temat poglądy, a nawet sami bierzemy w nich udział. I tego mamy pod dostatkiem. A tak mało jest, zauważcie, otwartości jednego człowieka na drugiego człowieka. Każdy chce jak najszybciej wyrazić swoje własne zdanie, najlepiej dobitnie, by poszło innym w pięty, dające mu poczucie, iż to on ma rację i stawia przysłowiową kropkę nad i. Lub chcemy się zwyczajnie wygadać, ale my, o nas, bo po co nam słuchać innych, ich problemów. 

Tymczasem, do każdej duszy można znaleźć drogę, jeśli się oczywiście chce jej poszukać. I, tak samo jest z nami, chcemy czasami, by ktoś się dla nas postarał, by poszukał drogi do naszego wnętrza, by chciał nas zrozumieć. Ale to wciąż jest na zewnątrz, to płynie od innych, dotyczy naszych pragnień. A gdzie w tym wszystkim jesteśmy, my? Gdzie zrozumienie samych siebie? Zrobiłeś już krok w swoją własną stronę?

2019-09-17

Bo jesteś Ty...

Twoim największym sukcesem nie jest wcale to, co osiągnąłeś na zewnątrz: dom, praca, rodzina. Twoim największym sukcesem jesteś ty sam, to, co umiesz zmienić w sobie. To, z jaką świadomością podchodzisz do tego, co się dzieje w twojej duszy, myślach, sercu. Twoja umiejętność uspokojenia samego siebie, bez sięgania po środki farmakologiczne lub inne używki. Twój sposób patrzenia na świat, ludzi. To co można zobaczyć w Twojej postawie, odczuć, będąc blisko ciebie. To jesteś Ty, w całej swoje okazałości. Bo, to, co na zewnątrz, przeminie, rzeczy materialne stracą wartość, zużyją się, dzieci pójdą swoją drogą, samochód w końcu przestanie jeździć. Ale zostaniesz Ty, wspaniały, piękny w swojej inności, jedyny w swoim rodzaju, myślący w ten, a nie inny sposób. Zostanie twoja świadomość, twoje poczucie własnej wartości, a wierz mi, one są twoimi najwspanialszymi towarzyszami życia. To przecież, dzięki nim możesz ujrzeć, wspaniały świat możliwości. To dzięki nim ukazujesz, kim jesteś naprawdę, jak bardzo jesteś piękną i doskonałą istotą. I nawet nie wiesz pewnie, jak wspaniale móc ciebie poznać…za co ci dziękuję. Tak, Tobie. Właśnie Tobie, że mogłam cię poznać i doświadczyć. 

2019-09-17

A może jednak się da?

Powiedzcie mi, jak często to, co się dzieje w was samych lub waszym życiu przyjmujecie z pokorą? Nie traktując jej oczywiście jako poniżenia lub uległości, ale jako przyjmowanie tego, co się dzieje takim, jakim jest naprawdę. 

Sami wiecie, jak wiele spotyka nas zaskakujących sytuacji. Niektóre opanowujemy od razu, inne uczymy się opanowywać stopniowo, ale i tak zdarza się, iż dzieje się coś naprawdę zaskakującego, co potrafi pozbawić nas w jednej chwili wszystkich sił i woli. Co sprawia, iż wręcz zatrzymujemy się w miejscu, nie wiedząc kompletnie, co mamy zrobić. 

Gorzej jeszcze dzieje się, gdy wiemy np. co zrobić, ale nie mamy na to kompletnie wpływu, bo nie mamy np. władzy nad tym miejscem, sytuacją lub osobami, owym miejscem lub zdarzeniem zarządzającymi. 

A co wtedy, gdy pragniemy czegoś lub kogoś i mogłoby się wydawać, iż wystarczy podjąć jedną lub dwie decyzje, by spełnić swoje pragnienie, a okazuje się, iż siły, które trzymają dwie dusze z dala od siebie są tak silne, iż żadna tych decyzji nie chce np. podjąć. Lub boi się, że coś straci, ewentualnie, że koszt będzie większy niż to, co może zyskać. Lęków może być oczywiście dużo więcej, ale nie o to chodzi, chodzi o to, iż dusza chce, a musi pogodzić się z tym, co jest. To zaś, co jest, mówi jej, nie ten czas, nie masz nad tym panowania, nie chcesz tak naprawdę. Lub chcesz, ale aż za bardzo, za szybko, zbyt niecierpliwie do tego podchodzisz, zbyt brawurowo.

Podobnie jest z sytuacjami, gdy my wiemy, co zrobić, ba, potrafimy wręcz innym doradzić, by zrobili tak lub tak. Jednakże, zdarza się tak, iż w swoim środowisku umiemy to poukładać, ale trafiamy do innego środowiska, a tam kompletny bałagan. 

Zostać w nim i sprzątać? Nie każdemu się chce. Wprowadzić zmiany systemowe? Tak, ale trzeba by pójść ścieżką doprowadzającą do władzy nad danym miejscem lub przestrzenią. A przecież po drodze wszystko może się zmienić.

Co zatem zrobić? Odpuścić? Tylko czemu? Pragnieniom? A może chęci dopasowywania wszystkiego pod siebie? Intencjom, by zmieniać coś, bez względu na to, czy ktoś chce lub nie? A może chęci czucia władzy, panowania nad czymś/kimś?

Powiedzcie mi zatem? Łatwo przychodzi wam godzić się z porażką? A może to, co się dzieje, gdy pozbawiani jesteśmy nagle wszystkich sił, to wcale nie porażka, a lustro pokazujące nam, że chcemy za bardzo. Uciekacie w takich chwilach? Wycofujecie się, rozczarowani, iż znowu się nie udało? Czy jednak walczycie do końca. Czy wolicie ustąpić, poczekać aż burza przycichnie, przemyśleć wszystko od nowa, poukładać sobie w głowie, zachowując jednak swoje pragnienie, bo może to tylko nie ten czas, nie to miejsce, nie ta osoba lub nie ta okoliczność, a przecież życie toczy się dalej i jutro też jest dzień, odkryjemy nowe możliwości i jutro może jednak się da?

To tak na dziś, do przemyślenia?

2019-09-13

Gdy chcę przed tobą ukryć moją duszę…

Niektóre więzi są tak słabe, iż już po chwili nie pamiętamy o ich istnieniu. Inne są na tyle silne, że pozostają w naszej pamięci nieco dłużej. Są też takie, które trwają latami, tak silnie wniknęły w siebie nawzajem, tak silną stworzyły strukturę, niemalże wydającą się nie do rozerwania. Ale są też takie relacje, które czynią w naszej duszy największe zamieszanie a wręcz spustoszenie, wyrywają nas ze struktur, które do tej pory stworzyliśmy w swoim umyśle, wstrząsają nami lub sprawiają, iż długo musimy się po tym zbierać. I choć każdy rodzaj tworzonej więzi jest dla nas ważny, to dziś chciałabym dotknąć tych szczególnych relacji, których więź potrafi sięgać najgłębszych poziomów, przed którymi najtrudniej jest nam się schować, ukryć, uciec przed nimi i mamy wrażenie, że nie ważne, gdzie się inkarnujemy, zawsze nas odnajdą. Na widok których, zawsze powiemy, o nie, to znowu Ty. Bo takie relacje także posiadamy i są one dla nas jednymi z najtrudniejszych, gdyż, to właśnie przed jednością z tymi duszami bronimy się najmocniej. I tu staczamy największe bitwy, nie chcąc tych dusz dopuścić w żaden sposób do siebie. Jakbyśmy chcieli się wręcz bronić swoją odmową, nie chcąc, by przy nas wzrastały. Tak bowiem są trudne, tak wiele potrzeba czasami energii, by móc z nimi wytrzymać lub je ułożyć. Tak silnie potrafią nas wybić z równowagi, zwyczajnie wykurzyć, pisząc prostszym językiem. A jednocześnie, tak ważne są dla naszego rozwoju. Bo pokazują nam najwięcej. I to nie tylko, jeśli chodzi o stany nierównowagi czy niestabilność emocjonalną, której zwyczajnie nie jesteśmy często świadomi. Te dusze pokazują nam, na co tak naprawdę jesteśmy gotowi, jeśli chodzi o przyjmowanie energii i wchodzenie z nią w jedność. I to jest piękne, ten stan, w który nas wprowadzają, choć samo doznanie tego stanu…no…niekoniecznie. Ale takie dusze, właśnie takie, spotkane na swojej drodze, są najcenniejszym testem. Bo co mi po stwierdzeniu, jestem już spokojem, skoro pojawia się taka dusza i…no właśnie, i wszystko nagle wywraca się do góry nogami. Ale, za to, gdy już się z ułożę taką duszą, gdy wymiesza się nasza energia, gdy i ona się przy mnie uspokoi i wejdzie w mój ton…hm.. jakaż to piękna staje się relacja. 

I takim relacjom chcę zadedykować ten post. Tym najtrudniejszym, najbardziej wybuchowym, wstrząsowym, tym, które wprowadzają do naszej duszy najwięcej zamieszania. Tym, na których możemy sprawdzić, jaka jest naprawdę siła naszego spokoju, wiedzy i świadomości. Tym z serca mówię, Dziękuję.

Oczywiście, każdej duszy wnoszącej spokój, każdej wnoszącej swoją wiedzę i mądrość również dziękuję. Wam jednak zadedykuję osobny post.

2019-09-12

Nauka wyciągnięta z doświadczeń

Ten, kto ma w swoim doświadczeniu porażkę, nie musi być wcale brany za głupca, po prosto nie doświadczył wystarczającej ich ilości, by powiedzieć, zrozumiałem. A jak wiemy, czasami nie wystarczy nam jednak lekcja, potrzebujemy ich klika, a nawet więcej niż kilka, by coś zrozumieć. 

Owszem, fajnie by było rozumieć wszystko po jednym złym doświadczeniu. Niestety, choć czasami wydaje nam się, iż mamy daną rzecz przepracowaną w sobie, nagle dzieje się coś w naszym życiu coś, co kompletnie obala naszą teorię i ukazuje nam np. jak bardzo bezradni potrafimy być wobec niektórych sytuacji lub naiwni, a nawet właśnie głupi i…aż ręce opadają.

I wiecie co najbardziej wtedy cierpi? Wcale nie nasz portfel ani złamane serce, cierpi nasza duma. Nasze cudowne ego, które pełne jest przekonań o tym, jacy to jesteśmy już mądrzy i doświadczeni i w ogóle, i w ogóle…ach.  A niestety, jak się okazuje, jest to czasami jedyne antidotum na nasze przekonania i musimy po prostu pocierpieć, byśmy w ogóle ruszyli się i coś zmienili w sobie lub w naszym życiu. Dlatego, myślę, że niewygoda jest czasami najwspanialszą motywacją. Bo, tak patrząc na nas, to my naprawdę jesteśmy leniwi lub mamy skłonność do rozpieszczania siebie lub wewnętrznego rozmemłania. Oczywiście, szczęśliwy ten, kto potrafi się sam zmotywować i któremu wewnętrzna przemiana przychodzi łatwo. Reszta musi szukać na zewnątrz lub dochodzić do stanu, gdy już więcej się nie wciśnie lub dalej się nie da czegoś ciągnąc lub dojść. Ale tak się właśnie uczymy, takie błędy musimy popełniać, takie właśnie przeszkody pokonywać, by dochodzić do wewnętrznej świadomości, o co w tym chodzi?

A tak, to w ogóle, to życzę wam miłego dnia. Sztorm już minął, uzależnienie od lodów przemienione i…jakże szeroko można się dziś uśmiechnąć. No czyż życie nie jest piękne?

2019-09-11

Wewnętrzne prawo i bezprawie

Masz prawo do połączenia z moim źródłem szczęścia, ale nie daję ci prawa do zmuszania mnie, bym cię czyniła szczęśliwym/szczęśliwą.
Masz prawo do połączenia we mnie z moim źródłem miłości, ale nie daję ci prawa do zmuszania mnie, bym cię kochała.  
Jak mało zdajemy sobie sprawę z tego, jak ważnym jest świadomość własnych praw, świadome ich wyrażanie i respektowanie cudzych praw, świadczyć może ilość rozczarowania, którego doświadczamy, gdy słyszymy, nie tego się po tobie spodziewałem. Myślałem, że jesteś inna, co oznacza, że innych także rozczarowujemy swoją postawą. 
Ale my też nie musimy pozostawać dłużni.
- Czyli, jaka? - Możemy odpowiedzieć. - Bardziej naiwna? Łatwiej dająca się urabiać? Podatniejsza bardziej na manipulacje? A może bardziej uległa?
Jakim trzeba być, by inni poczuli się czasami z nas zadowoleni? To jedno. Drugie, po co w ogóle mamy zadawalać innych?
A jednak, zobaczcie, robimy to, staramy się, ulegamy, pozwalamy sobą manipulować, jesteśmy naiwni. I liczymy na wzajemność. Bo, jeśli ktoś, nas, to dlaczego my nie mamy innych tak samo traktować? Czyż, nie? A to od razu rodzi całą przestrzeń do konfliktu.
Bo, owszem, wiemy, że nam się należy, że mamy przecież prawo do bycia kochanymi, tylko, dlaczego inni mają tak często to prawo gdzieś? Dlaczego inni mają gdzieś nasze prawo do szczęścia, radości, ciepła, czułości? Przecież, w naszym mniemaniu na to zasługujemy. Czy jednak nie zasługujemy, skoro inni mają nas gdzieś?
Jak myślicie, jak to jest z naszym świadomym wyrażaniem swoich praw? Wyrażamy je, czy nie wyrażamy? To może zadam pytanie inaczej? Czy my w ogóle jesteśmy świadomi jakiś praw, których przestrzegania żądamy od innych. To w takim razie, skąd tyle nieporozumień?
Spróbujmy spojrzeć na to jeszcze inaczej.
Czy ktoś ma prawo czegoś ode mnie chcieć? Jasne, że tak, ale ja mam prawo odmówić.
Czy ta osoba ma prawo poczuć się rozczarowana moją odmową? Oczywiście, że tak, ale ja mam prawo do trwania przy moim stanowisku. Czyż, nie? Pewnie, że mam, ale muszę się liczyć z konsekwencjami.
Możemy to ciągnąć w nieskończoność, wymieniając różne sytuacje, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, by uświadomić siebie, czy rzeczywiście jasno ustaliłam swoje prawa i je przestrzegam, czy szanuję cudze prawo i też je przestrzegam. Czy ja w ogóle czegokolwiek przestrzegam, jakichkolwiek praw i czegokolwiek jestem świadoma, skoro tyle się dzieje wokół i wewnątrz duszy? Oto jest pytanie…hm…do zastanowienia na dziś.

2019-09-06



Ostatnio dodane

Wiele osób, które doznają jedności z inną duszą, myli często to doznanie z wyobrażeniem o stanie wiecznej błogości, miłości czy też rozkoszy, (...)


Cudownie, jesteś w tym gronie osób, które nie maja konfliktu z bliźniakiem. Lubicie się, a nawet więcej, kochacie, szanujecie nawzajem, swoją drogę (...)


Jakże często słyszę od którejś z części połówkowej duszy: w nikim się więcej nie zakocham, nikogo już nie zechcę, moje życie (...)


Można to powtarzać w nieskończoność. Odpuść. Daj sobie spokój. Idź własną drogą. Zajmij się sobą. Tylko…jak mamy odpuścić? Przecież to (...)


I tak by było najlepiej. Tylko, komu by się chciało czekać?  Niecierpliwość, to jeden z najczęstszych problemów, z którym muszą (...)


Ktoś zapytał mnie ostatnio, dlaczego tylko z połówką można doznać jedności?  Byłam mocno zdziwiona tym pytaniem, choć to nie (...)


Tak, wiem, przeżywasz właśnie swoje WOW! Zaczęło się i nie do końca wiesz, co się z Tobą dzieje, a zapewne dzieje i to (...)


Jednym z częstszych przypadków, występujących wśród bliźniaków, jest różnica w poziomie, osiągniętego poziomu rozwoju duchowego. Szczególnie, gdy jedno z bliźniąt duchowych rozwija (...)