Pierwszy fragment powieści


– Masz już plany na wakacje? – Wojtek przysunął się do mnie, stając za moimi plecami. Odwróciłam się, zdziwiona jego widokiem.

– Co ty tu robisz? Wracaj do swojej klasy, zaraz cię pewnie będą wyczytywać, byś odebrał nagrodę.

– Spokojnie, w razie czego udam, że jestem z twojej klasy – mówi, sięgając po moją nagrodę. – Chyba mnie za to nie zo- stawią na następny rok w szkole?

Zaczynamy się śmiać, niestety, zbyt głośno, bo kilka par oczu zwraca się w naszą stronę, ganiąc nas surowym spojrze- niem.

– Cicho! – ktoś uspokaja nas z tyłu, sycząc ze złością: – Bądźcie poważni.

To Miśka. Jej charakterystyczny sposób mówienia poznała- bym wszędzie.

Uwielbiała zwracać uwagę młodszym uczniom, informując ich bardzo poważnym tonem o konsekwencjach złego zacho- wania, i pouczać, że instytucji szkolnej należy się szacunek i odrobina powagi. Patrzyła przy tym tak groźnie znad swo- ich okularów, iż widząc to, nieraz parskałam śmiechem, nie mogąc się powstrzymać, by jej nie naśladować, także posyła- jąc młodszym uczniom groźne spojrzenie. Czasami myślałam,

że jest wcieleniem jakiegoś nauczyciela z lat przedwojennych. Nawet okulary nosiła w charakterystyczny sposób, na czubku nosa. Jej imię także było przedwojenne, Filomena. Jaki rodzic w dzisiejszych czasach daje tak dziecku na imię?

– Wyluzuj, kobieto – Wojtek odwraca się do tyłu i puszcza jej oczko. – Poważny to ja będę, gdy będę już leżał w trum- nie. – Na jego buzi wykwita promienny uśmiech, co sprawia, że Miśka milknie, speszona jego bezpośrednim zachowaniem.

Jego żarty zawsze były charakterystyczne, za to go zresztą uwielbiałam. Przyjaźnimy się od dwóch lat. Tak, naprawdę się przyjaźnimy. Znamy niemalże wszystkie swoje sekrety. To na jego ramieniu mogłam się zawsze wypłakać, gdy zry- wałam z kolejnym chłopakiem. To on pilnował, abym zawsze miała odrobione lekcje. To on odrabiał je czasami za mnie. Był starszy ode mnie o rok i dość długo szukał do mnie ścieżki dostępu. Nawet zaczął przesiadywać nagminnie w bibliote- ce, szczególnie wtedy, gdy miałam tam dyżur. Zostawał też często po lekcjach, aby kibicować mi, gdy odbywałam trenin- gi na hali. Nie było żadnego szumu. Po prostu zaczęliśmy któ- regoś dnia ze sobą rozmawiać i tak już zostało. Nigdy niczego ode mnie nie oczekiwał. Nigdy nie chciał mnie pocałować, nie podrywał, po prostu był obok, jak starszy brat. Wprawdzie nie ciągnęło nas do siebie seksualnie, ale za to psychicznie stworzyliśmy naprawdę silną wieź.

Aga, moja koleżanka z ławki, nieraz dziwiła się, że to nie jest normalny układ i z którymś z nas coś musi być nie tak. Podobno, według niej, dziewczyna nie może przyjaźnić się z chłopakiem, ale nasza relacja przeczyła wszystkim defini- cjom. Albo to ja miałam za dużo pierwiastka męskiego, albo on za dużo żeńskiego, bo uzupełnialiśmy się w stu procen- tach.

– Wojtuś, jak ja sobie bez ciebie poradzę przez ten rok? – Wzdycham ze smutkiem, gdy, już po zakończeniu uroczystości, siedzimy w parku, który otaczał szkołę, by móc jeszcze chwilę ze sobą porozmawiać przed rozstaniem.

Nie wiem, kiedy ponownie zobaczę Wojtka i czy go w ogó- le zobaczę. W zasadzie to może być ostatnia chwila, gdy jeste- śmy w stanie ze sobą tak swobodnie porozmawiać.

– Dasz radę. – Obejmuje mnie ramieniem i przytula do sie- bie.

Zaczynamy wspominać wiele wspólnych chwil z przeszło- ści, śmiejąc się z sytuacji, które najmocniej utkwiły nam w pa- mięci.

– Będziesz dzwonić? – Wiem, że Wojtek ma zamiar wy- jechać do Anglii, aby tam, na miejscu, kontynuować naukę. Choć jego rodzice dawno temu wyjechali z Polski, chcieli, aby ich syn znał kulturę ich rodzinnego kraju, dlatego zdecydo- wali, że tu będzie się uczyć, aż do ukończenia liceum. Później miał sam zdecydować, gdzie chce zamieszkać.

– Tak często, jak tylko będę mógł – mówi ze smutkiem. – Będziesz ćwiczyć ze snami?

Wojtek od kilku lat praktykuje świadome śnienie i OOBE. Nie wiem, gdzie się w ogóle tego nauczył, bo nigdy nie chciał mi tego zdradzić. Kiedyś mi tylko wspomniał, że w Stanach, podczas wizyty u rodziców, był w jakimś instytucie na kursie, ale nic więcej nie chciał zdradzić. Wprowadził mnie w temat, tak naturalnie, jakby było dla niego oczywistym, że skoro się przyjaźnimy, będziemy też razem bawić się w podróże astral- ne i sny. Musiałam je codziennie zapisywać zaraz po obu- dzeniu i później, na każdej przerwie, analizował je bardzo dokładnie, wychwytując wszystkie podobieństwa do swoich snów. Mówił, na co mam zwracać uwagę, dawał mi płyty do wprowadzania w stan OOBE. Nigdy też nikomu innemu nie opowiadaliśmy o naszych snach. To była nasza największa ta- jemnica, coś, co mogliśmy dzielić tylko ze sobą, co sprawia- ło, że mieliśmy swój własny świat, w którym tylko my dwoje wiedzieliśmy, o co chodzi.

– A Ania i Wojtuś, jak zwykle razem. – Podnosimy wzrok i

dostrzegamy, jak podchodzi do nas nasza polonistka.
– Dzień dobry, pani profesor – mówię, uśmiechając się do niej serdecznie. Bardzo ją lubię, a jej zamiłowanie do li- teratury klasycznej nieraz stanowiło dla mnie inspirację, by zainteresować się powieściami, na które zwyczajnie nie zwró-

ciłabym uwagi.
– Dzień dobry. I kto teraz będzie za Anię odrabiał lekcje?

– Pani profesor ciężko wzdycha na nasz widok, choć jej oczy zdradzają zupełnie inny, bardziej radosny nastrój.

– Dam radę, pani profesor – uśmiecham się do niej szel- mowsko.

– I jak, przemyślałaś przyszły rok? – Patrzy na mnie z wy- czekiwaniem. – Wiesz, że liczę jeszcze na jeden udział w OKR (Okręgowy Konkurs Recytatorski).

– Pomyślę nad tym, pani profesor.

Żegnamy się z nią serdecznie. Wojtek też już musi iść. Kilka razy składam mu obietnicę, że będę dalej pracować ze snami, będę je zapisywać i zdawać mu sprawozdania w listach.

– Będziesz pamiętać, co masz dalej robić?

– Będę. – Jak instrukcję, recytuję mu zakreślony plan postę- powania.

– Gdy znajdę coś ciekawego w tych tematach, zaraz ci przy- ślę.

– Dobrze.

Długo tulimy się do siebie, ale w końcu nie wytrzymuję i zaczynam płakać, nie mogąc się pozbyć myśli, że to osta- teczne pożegnanie. Dotarło nagle do mnie, jak ważna była to dla mnie przyjaźń, jak mocno uspokajała mnie sama świado- mość jego obecności. Czekał na mnie zawsze na stacji i razem szliśmy ponad kilometr do szkoły, która znajdowała się po przeciwnej stronie miasta. Razem przemierzaliśmy z powrotem drogę na stację, po lekcjach. Dla mnie zapisał się na kółko historyczne i najważniejsze, pozwalał mi się fotografować, a nawet mogłam naszkicować jego portret. Nie był typem przy- stojniaka, raczej kogoś, kto w tłumie mógłby równie dobrze zniknąć, co pojawić się niezauważony. Ale było w nim coś fajnego, jakiś rodzaj energii, która od razu wprowadzała innych w dobry nastrój.



Ostatnio dodane

Jednym z częstszych przypadków, występujących wśród bliźniaków, jest różnica w poziomie, osiągniętego poziomu rozwoju duchowego. Szczególnie, gdy jedno z bliźniąt duchowych rozwija (...)


Na początku jest wow, czasami takie naprawdę wielkie wow i stan, który wynosi nas na najwyższą orbitę, a potem przychodzi otrzeźwienie. (...)


W momencie, gdy twój bliźniak postanawia zniknąć z twojego życia, nie załamuj się proszę. To nie jest naprawdę koniec świata. (...)


Gdy ktoś naprawdę wchodzi z Tobą w jedność, nie ucieka po chwili, nie manipuluje, nie chce cię zawłaszczać ani traktować jak (...)


Czasami zdarza się, iż tak bardzo pragniemy znaleźć swój bliźniaczy płomień, iż zaczynamy postępować kompletnie nierozsądnie, podłączając się pod każdą (...)


Bardzo często spotykam się z przekonaniem, iż, skoro dwie części duszy się odnalazły, to powinny już ze sobą być do (...)


A jeśli to nie on? Jeśli się pomyliłam/pomyliłem? Chwile zwątpienia zdarzają się każdemu. W tym jednak przypadku, gdy coś (...)


Tak, szkoda, że Ty za mną nie, można by było dodać. Jak często zdarza się, że nasze wyobrażenia przerastają (...)